Rumunia 2011 – relacja by Cubick, ekipa szersza :)

Witojcie, nie udzielam się już właściwie na żadnym forum, ale pomyślałem, że warto byłoby napisać relację z wyjazdu, jaki odbyłem niedawno. Zwłaszcza dla tych ludzi, których to interesuje, a z którymi nie mam bezpośredniego kontaktu i nie dostali zdjęć ode mnie mailowo.

Wyjazd do Rumunii urodził się dość dawno i początkowo był na tapecie na forum RM, potem jednak wyszło inaczej i zaczęliśmy to planować sami. W ekipie znaleźli się Galar, Kaz, Jackobi, Maras, Cezar, Brzytwa i ja. Kaziowi towarzyszyła Kasia, u Jackobiego w kolasce siedziała Asia, Maras podróżował z Basią, Cezar zabrał syna Pawła, natomiast Galarów dodatkowo zasilali Beata i Michał.

Galarowi niestety motocykl się ochwacił po jakichś 30 km od wyjazdu z domu, więc przesiadł się do samochodu i tak z nami kontynuował wyprawę. Nawet nie próbowałem się zastanawiać, co czuje widząc przed sobą sześć prujących zaprzęgów…

Punktem zbornym, gdzie mieliśmy się wszyscy spotkać, była miejscowość Zyndranowa niedaleko Barwinka. Jak się później okazało, jak dla mnie, był to najtrudniejszy etap, ponieważ zrobienie 700km przez Polskę jest nie lada wyzwaniem. Po drodze nocowaliśmy u mojego przyjaciela Alexa w Glinniku koło Tomaszowa Maz. Dzięki za gościnę Alex! Na drugi dzień dołączyła ekipa Jackobiego i Marasa. Stamtąd, nazajutrz ruszyliśmy dalej, odwiedzając jeszcze po drodze naszego forumowego kolegę, Gabe, w pobliskiej Spale (pozdrówki!). Po skompletowaniu ekipy, wyjechaliśmy z Zyndranowej z zamiarem przejechania Słowacji, Węgier i wbicia się w Rumunię bez noclegu.

Po drodze wartym odnotowania był krótki postój w uroczym miasteczku Tokaj na Węgrzech, słusznie kojarzącym się z dobrym winem (wracając, spędziliśmy tam więcej czasu;)). Przejazd do Rumunii nie był wielkim wyczynem, bo po przejechaniu ok. 380km byliśmy na przepięknie położonej łączce, tuż za rumuńską wsią Ceisoara. Miłym było stwierdzenie faktu, że opuszczając granice naszego kraju zostawiliśmy za sobą korki, wzmożony ruch, sfrustrowanych kierowców i tragicznej jakości nawierzchnie. Później zdarzały się oczywiście wyjątki, ale potwierdzały one tylko regułę, że nigdzie nie jeździ się tak źle jak u nas. Niestety…

Pierwszy nocleg był nieco stresujący. Znalezienie miejsca, lokalni mieszkańcy w pobliżu i zmęczenie spowodowały, że było troszeczkę nerwowo. Długo próbowaliśmy dogadać się z miejscowym pasterzem, pytając, czy możemy w tym miejscu rozbić namioty. Dziadek uparcie tłumaczył nam w swoim języku, jak stąd wyjechać i że musimy zawrócić, bo droga dalej jest zalana. Z opresji wybawił nas młody, może 10-cio letni chłopak, który mówił po angielsku. Moje osobiste wrażenie było takie, że tym ludziom się po prostu nie mieściło w głowie, że pytamy o pozwolenie na rozbicie się. Wieczorem ognisko, wizyta lokalnej młodzieży i rano zaskoczenie – mały chłopak, który potem pasł krowy z dziadkiem przyniósł nam 2 litry mleka prosto od krowy.

Zmierzaliśmy w kierunku gór, żeby najpierw zaliczyć Transalpinę (trasa DN67C), zaczynającą się w okolicach Novaci. Kolejny nocleg wypadł wśród gór, po kilkunastokilometrowej jeździe kamienistą drogą pod górę. Szukaliśmy jeziora, a znaleźliśmy tylko dość dużą polanę z niezbyt czystą (po deszczach) rzeczką. Za to miłym zaskoczeniem była pasterska chatka z sianem w środku. Oczywiście wykorzystaliśmy ją z Brzytwą na nocleg.

I byłoby pięknie, gdyby nie burza, która wpychała do środka deszcz. Wrażenia niesamowite! Nazajutrz suszenie (mój śpiwór chyba najbardziej ucierpiał) i ruszyliśmy w dalszą drogę.

W tym miejscu musze pominąć kilka wydarzeń żeby móc opisać inne, moim zdaniem ciekawsze…

Transalpina od początku mi się podobała – nowy asfalt, ładna pogoda i niesamowite widoki. Z tego, co wyczytałem, ta trasa została zbudowana podczas II wojny przez Niemców i do niedawna była zwykłą szutrową drogą. Pech, a może i szczęście, że jechaliśmy nią tuż po położeniu asfaltu.

Gdzieniegdzie tylko były krótkie, robocze szutrowe odcinki. Nie wjeżdżając na szczyt odbiliśmy w lewo w kierunku zapory w Ciungetu. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy po krętej, okalającej jezioro Vidra drogą, zatrzymujemy się na zakupy w miejscowości Voineasa. Ciekawa rzecz, zjeżdżając w dół, z chłodnego górskiego powietrza wpadamy w upał podchodzący pod 35 stopni. Docieramy do tamy – niestety nie tej, której szukaliśmy (zrobiłem złe rozpoznanie na Google Earth). Właściwą natomiast znajdujemy po chwili w miejscowości Ciungetu, tylko nikt nie wie jak na nią wjechać. Następnie nocleg w towarzystwie górskiego potoku, gdzie najpierw budujemy wspólnie tamę z kamieni spiętrzając w ten sposób wodę o dobre 30 cm.

Nazajutrz zbieramy się i dzielimy na dwie ekipy – jedna wraca niemal tą samą drogą na Transalpinę. Druga (Jackobi, Maras i Brzytwa) postanawia jechać w tym samym kierunku, ale trasą szutrową, tzw. Strategicą. Spotykamy się potem po drugiej stronie gór.

Przełęcz Urdele jest wyjątkowa pod wieloma względami. Wysokość ponad 2000 mnpm. Piękne widoki, dostępność dla nawet typowo miejskich wozideł (tylko kilka razy musiałem zapiąć 1-kę przy ostrej serpentynie w prawo pod górę), i co ważne – swoboda, której brakuje w większości atrakcyjnych miejsc, jakie miałem przyjemność odwiedzić w swoim życiu.

Nikt tam nie stawia znaków zakazu wjazdu. Nie ma ogólnego zakazu parkowania okraszonego płatnymi parkingami, na których można „rżnąć” turystów na kasę. Nie ma tam policji, straży miejskiej i leśników wypatrujących, na kim można by dzisiaj zarobić. Są tylko góry, turyści, cisza i spokój. No, może z ciszą nieco przesadziłem, bo ruch był spory, a większość kierowców ciężarówek na widok naszych motocykli trąbiła i machała z uśmiechem. I co ciekawe, było tam czysto… Po drodze było wiele miejsc, z których widoki były wyjątkowo atrakcyjne. Tam najczęściej zatrzymywali się ludzie, żeby tam pobyć dłużej bądź krócej. Sami stawaliśmy w kilku punktach, a w najwyższym punkcie przełęczy pobyt przerodził się w mały piknik. I naprawdę zjedzenie kanapek i picie kawy na tej wysokości był bardzo miłym przeżyciem. Próbowaliśmy nawet wjechać na pobliski szczyt, ale droga była zbyt stroma i niestety przechylona mocno w stronę motocykla podczas wjeżdżania. Dodatkowo z drogi i trawy dookoła wystawały dość wysoko skały czające się na miski olejowe. Nikt nie chciał ryzykować, więc wróciliśmy na asfalt. Niestety trzeba było zjechać…

Znów serpentyny, tylko tym razem w dół. Znów temperatura wzrasta i robi się upał. Następnie standardowe już czynności: zakupy i szukanie noclegu. Wysłałem ekipie na Strategice dokładne koordynaty na obóz i zabraliśmy się za budowę kolejnej tamy. Tym razem na rzece Oltet niedaleko miejscowości Baia.

Wieczorem rzucam pomysłem, żeby pojechać do Konstancy i zobaczyć Morze Czarne. Osobiście bardzo mi na tym zależało, bo tym samym zaliczyłbym trasę znad Bałtyku (od morza do morza;). Nie sądzę jednak, abym się odważył wtedy zrobić to sam. Chętni się znaleźli, zaplanowaliśmy pobudkę o 5 rano, nastroje były dobre i wszystko by wyszło… gdyby nie szalejące burze od 3 nad ranem. Nikt nawet nie wyjrzał z namiotu do 9-ej, bo po prostu nie było sensu. Było zimno, wiało i padało. Znów poczułem się jak na Kaszubach. Z nudów zrobiłem sobie przejażdżkę w deszczu. Kaziu się przyłączył, zapewne też z nudów… Nie pamiętam dokładnie, ale zebraliśmy się stamtąd może o 11-ej, kiedy mniej padało, bez konkretnych planów, co dalej. Na stacji benzynowej zapytałem Brzytwę, czy interesowałaby go wyprawa typu „krew, pot i łzy” i … 10 minut później grzaliśmy dwoma motocyklami w kierunku Konstancy. Ja miałem swoją motywację, a Ziemek słusznie stwierdził, za co będę mu wdzięczny do końca życia, że nie wie, kiedy znów będzie zaprzęgiem tak blisko Morza Czarnego. Dochodziło południe, padał deszcz, mieliśmy do przejechania 470 km, przez Pitesti i obwodnicę Bukaresztu, a my uparliśmy się, że dojedziemy tam tego dnia. I udało się. Zamiast krwi, potu i łez zrobiła się z tego całkiem sympatyczna wyprawa, bo po godzinie przestało padać, a tuż za Pitesti ściągaliśmy z siebie kolejne warstwy ubrania z powodu upału. Tuż przed północą wjechaliśmy do miejscowości Navodari nad Morzem Czarnym. Jakieś 3,5 km przed celem wpadliśmy w taką ulewę, że po minucie można było wylewać wodę z butów. Zaznaczę tylko, że była to ciepła woda… Sama trasa do Konstancy to autostrady A1 i A2, za które zapłaciliśmy na końcu po 5 zł od motocykla (serdeczne pozdrowienia dla naszych biznesmenów od naszej A1 karwasz twarz). Tak więc, grzaliśmy sobie dziarsko tymi autostradami prawym pasem, do momentu, aż jeden gość zostawił prawe lusterko samochodowe na mojej lewej klamce (przy prędkości dużo większej od mojej). Potem jechaliśmy już pasem bezpieczeństwa. Tym bardziej, że robiło się coraz ciemniej.

Po drodze była jeszcze obwodnica Bukaresztu, którą szczególnie wspominam z uwagi na rozmaitość zapachów miasta (nie zawsze przyjemnych) oraz widok slumsów pełnych Romów i wszędzie pałętających się psów.

Nad morzem jakimś cudem trafiliśmy na pole biwakowe. Dostaliśmy domek 50m od plaży, rozwiesiliśmy mokre rzeczy, wypakowaliśmy motocykle, wypiliśmy kilka kieliszków palinki i poszliśmy się wykąpać… Na plaży widać było jeszcze jak dookoła szaleją burze. Wypaliliśmy „cygaro zwycięstwa” i wykąpaliśmy się w cieplutkim morzu, wraz z mnóstwem malutkich meduz, które świeciły wyładowaniami elektrycznymi, gdy tylko się je dotknęło…

Wróciliśmy do domku i zaczęliśmy planować, co dalej, walcząc z plastikową butelką wciąż zawierającą mocny alkohol. Kusiło spędzenie całego dnia i kolejnej nocy nad morzem. Z mapy wynikało jasno, że do granicy z Bułgarią mamy tylko jakieś 65 km i chcąc tam pojechać nie mogliśmy zostać nad morzem tak długo. Ten argument plus palinka wystarczyły. Nazajutrz kąpiel w morzu, szybkie śniadanie, prysznic i pełna maneta w kierunku przejścia tuż za Negru Voda.

Zanim wyjechaliśmy, poznaliśmy ciekawego, starszego jegomościa mówiącego po polsku, rosyjsku, rumuńsku i kto wie jak jeszcze. Mówił, że słyszał jak przyjechaliśmy w nocy i że pomyślał, że zaczęła się wojna;) Pytał, czy zostajemy tu jeszcze, bo zna tu fajne dziewczyny z Rosji, ale my już mieliśmy w głowie zaliczenie Bułgarii…;)

Przejazd przez całą Konstancę też był dla mnie zaskoczeniem. Jechaliśmy przez nadmorską miejscowość, w środku sezonu, w sobotę i … co najwyżej czekaliśmy dwie zmiany świateł. Żadnych innych utrudnień w ruchu. Powoli przestawały mnie takie rzeczy dziwić.

Południe Rumunii robiło się opustoszałe. Było coraz cieplej, wiał silny boczny wiatr, przez co jechało się ciężko. Powoli zmieniał się krajobraz na bardzo suchy. Kilka godzin później dotarliśmy do przejścia granicznego. Celnicy bułgarscy przywitali nas okrzykiem „drużina z Polszy!”, po czym wzięli się za przymierzanie i robienie sobie zdjęć w kasku niemieckim z goglami, który woziłem na zapasie. Po sesji zdjęciowej i obejrzeniu naszych dowodów osobistych usłyszeliśmy powitanie: „łelkam in bulgarija”. Pozostało nam tylko wjechać…

W Bułgarii przestało wiać ( a może tylko kierunek zmienił się na czołowy?). Za to robiło się coraz cieplej i już w Rumunii zrezygnowałem z lansu i jechałem w długim rękawie. Ręce miałem tak opalone, że zaczynały boleć. Niestety opaliłem tylko ręce i twarz. Krótka wizyta w Dobryczu, gdzie kupiliśmy kilka pamiątek, zostawiliśmy pani kartki do wysłania (poczta była wtedy już nieczynna, a kartka doszła dzisiaj), kilka fotek i wyjechaliśmy za miasto, żeby coś zjeść po drodze w mniej cywilizowanym miejscu. Po drodze zaliczyliśmy bar, w którym zjedliśmy dobre i tanie jedzenie i po półtorej godzinie dojechaliśmy do miejscowości Silistra. Cała droga przez Bułgarię była urocza. Minęło nas może kilkanaście samochodów. Bardzo dobra nawierzchnia i piękna okolica. Podczas przystanku na zakup bułgarskiego winka, pozyskaliśmy oczywiście nowych przyjaciół.

Automapa usilnie prowadziła nas do Ruse, co było bez sensu, ponieważ nadrobilibyśmy 90km. Na szczęście miałem mapę na zbiorniku i widać było, że jest tam przejście graniczne. Wjechaliśmy do Silistry. Na osiedlu, wśród bloków mieszkalnych znaleźliśmy przejście – śmiesznie to wyglądało. I znów jesteśmy w Rumunii…

Za pierwszym razem, jeszcze w Silistrze, wylądowaliśmy na brzegu Dunaju. Dopiero jak zapytaliśmy przydrożnego sprzedawcę czegoś tam, okazało się, że za winklem jest przeprawa promowa i albo musimy z niej skorzystać albo faktycznie grzać przez Ruse. Cóż, przeprawa promowa to też atrakcja, a nasze zaprzęgi jeszcze nigdy nie pływały. Zapłaciliśmy jakieś 10 lewa za motocykl, poczekaliśmy ok.30 min i płynęliśmy przez Dunaj na drugi brzeg. Załoga promu trzeźwością nie grzeszyła, ale jakoś miałem do nich zaufanie…

Po około 20-minutowym rejsie dobiliśmy do brzegu i znów zaczął się maraton. W międzyczasie okazało się, że reszta ekipy przeprawiła się przez góry, więc musimy przyśpieszyć, żeby ich dogonić. Postanowiliśmy, że przemieścimy się jak najbliżej trasy Transfogarskiej, żeby nazajutrz móc przejechać przez góry w kierunku północnym. Udało się. Tego dnia zrobiliśmy ok. 450 km jadąc przez Bułgarię i przeprawiając się przez Dunaj promem. Podejrzewam, że w Polsce byłoby to mało możliwe.

Bardzo miło wspominam szybkie przemieszczanie się przez rumuńskie wsie tego ciepłego wieczora. Raz mijaliśmy nawet jakieś wesele. Pewnie, gdyby nie gonił nas czas, zatrzymalibyśmy się, żeby zrobić zdjęcia i obejrzeć zwyczaje. Około północy przejeżdżaliśmy już przez Pitesti i wjeżdżaliśmy na Transfogarską. Znalezienie miejsca pod namiot w nocy wydawało się trudne, ale udało się praktycznie za pierwszym razem. Zastanawialiśmy się tylko, co zobaczymy nazajutrz rano, bo nie można było się rozejrzeć. Nocleg w nieznanym miejscu, 30km od zamku Drakuli w Poenari też był ciekawy… Rano przywitało nas słoneczko i dziwne odgłosy. Okazało się, że polną drogą, koło której się rozbiliśmy, jakaś babinka próbowała przejechać koniem z wozem. Koń stwierdził, że skoro tyle razy tu przejeżdżał i tego czegoś (czyli: naszych namiotów i motocykli) tu nie było, to coś tu śmierdzi. Zapewne jest to pułapka na konie takie jak on. Ja, niestety rozpinając głośno zamek od namiotu, pogorszyłem tylko sprawę. Babcia niestety musiała zsiąść z wozu i przeprowadzić wierzgającego konia pieszo. Nie oberwało nam się za straszenie zwierzyny 😉

Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy Transfogarską w górę, zaliczając po drodze zakupy. Koło południa byliśmy już w Poenari, stwierdzając na pierwszy rzut oka, że na zamek niestety nie da się wjechać.

Przed nami było około 1500 schodków i nawet, jeżeli kiedyś tam znów trafię, to wystarczy mi, że raz widziałem ten zamek z bliska… Dodatkowo musiałem za to zapłacić 5 lei. Zamek jak zamek. Gdyby nie widok z góry (na nasze zaprzęgi) to atrakcyjność porównałbym do bloków betonu udających bunkry w Bornym Sulinowie. Jednakże kolejny punkt wycieczki został zaliczony. Po zejściu na dół miło było się pomoczyć w zimnym strumieniu spoglądając w górę na wyczyn, jakiego dokonaliśmy wchodząc tak wysoko. Zdziwiło nas to, że wśród licznych stoisk nie było żadnych pamiątek czy innych gadżetów nawiązujących do postaci Drakuli jako wampira. Jedynie na górze były pocztówki i podobizny, ale przedstawiające Drakulę jako Vlada Tepesa hospodara wołoskiego. Zupełnie jakby nie chcieli powielać legend o jego nadprzyrodzonych zdolnościach. Tyle o Panu Vladzie.

Przed nami były góry, a za nimi nasza ekipa, do której zamierzaliśmy tego dnia dołączyć. Zaczęliśmy się wspinać Transfogarską i nie robiła ona dobrego wrażenia na początku. Pierwsze kilkanaście kilometrów to dziury w jezdni i mocno zalesiony teren, czyli brak ładnych widoczków. Dopiero dalej, po kilkudziesięciu kilometrach zaczęły się widoki podobne do tych na Transalpinie.

Serpentynki robiły się coraz ciaśniejsze i bardziej strome a widoki zmuszały do zatrzymywania się, dosłownie co kilka kilometrów. Na jednym z postojów, ze smakiem wciągnęliśmy słodkiego melona przy kilkusetmetrowym urwisku. Fascynowały mnie takie niezabezpieczone miejsca, tuż przy drodze, gdzie potknięcie w niewłaściwą stronę skutkowałoby pożegnaniem się z życiem.

Trasa pod górę przy pięknej aurze kończyła się tunelem w najwyższym punkcie drogi. Niestety, po drugiej stronie tunelu wyjechaliśmy w chmurach. Przesuwały się one po zatłoczonym placu pełnym ludzi, pojazdów i straganów zapełnionych serami, wędzonym mięsem, minerałami i milionem innych rzeczy…

Spędziliśmy w tym zatłoczonym miejscu około pół godziny, mając jeszcze nadzieję, że może chmury się podniosą, ale nie zapowiadało się na to. Przed nami było kilkadziesiąt kilometrów serpentyn w dół. Gdzieniegdzie wpadaliśmy między chmury i tam zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić kilka zdjęć.

Ciekawym momentem był odcinek trasy, kiedy zjeżdżało się pod dolną podstawę chmurek. Widać było wyraźnie błękitno-szarą linię zachmurzenia, a poniżej oświetlone przez słońce niziny. W połączeniu z bardzo dobrą widzialnością, stworzyło to niesamowity efekt – niestety słabo widoczny na zdjęciach. Ostatnie kilometry Transfogarskiej pokonaliśmy bardzo szybko. Łagodniejsze zakręty zachęcały do szybkiej jazdy. Ziemek pozwalał mi się oddalać, po czym doganiał mnie szybko, ćwicząc sportową jazdę z dynamicznym balansowaniem na zaprzęgu. I tak opuściliśmy Karpaty. Godzinkę później przechwycił nas na drodze Kaziu wyłaniając się zza drzew…

Dołączyliśmy do ekipy, zdaliśmy relację z podróży (przyznaliśmy się do Bułgarii :p) i po mocno zakrapianym palinką ognisku poszliśmy spać. Nazajutrz planowaliśmy dotrzeć do Sighişoary a następnie „pokulać się” jak najbliżej Săpânţy, która była następnym punktem programu.

Po drodze mijamy kilka wsi z warownymi kościołami. Dwa z nich zwiedzamy. Wsie wydają się tak do siebie podobne, że raz pomyślałem, że kręcimy się w kółko…

Sighişoara jest niesamowita. Niewiele wiem o tej miejscowości, ale zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Mnóstwo uroczych, kolorowych uliczek, po których chciałoby się chodzić bez końca, robiąc zdjęcia. Wizytę w mieście zaczęliśmy oczywiście od knajpki, w której każdy zamówił coś dobrego. Czekając na zamówienie, zostałem zapytany przez panią z sąsiedniego stolika, czy jesteśmy jakimś „wojskiem”, bo wyglądamy jakbyśmy najechali Sighişoarę. Oczywiście zaprzeczyłem, tłumacząc, że takie ubrania najbardziej pasują do motocykli, którymi się przemieszczamy. Chyba poczuła się usatysfakcjonowana odpowiedzią. Łaziliśmy po mieście prawie trzy godziny.

Znaleźliśmy z Brzytwą upragnione naklejki które można było nakleić na motocykl żeby upamiętnić miejsca, które odwiedziliśmy. Niestety jedyne, jakie trafiliśmy podczas wyjazdu. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, cały przemysł przerzucił się na magnesy na lodówkę i naprawdę trudno było znaleźć jakąś naklejkę pamiątkową na moto. W miasteczku widzieliśmy tzw. schody szkolne z 1662 roku (każdy stwierdził, że dzieci tam miały naprawdę pod górkę), dom, w którym mieszkał nasz znajomy, Vlad Dracul, i wiele innych ciekawych miejsc. Chciałbym tam kiedyś wrócić i spędzić tam przynajmniej jeden dzień ze względu na panujący tam spokój i niezwykły klimat.

Przez to, że zamarudziliśmy w miasteczku, mieliśmy potem mniej czasu na zorganizowanie noclegu. Dodatkowo pod wieczór znaleźliśmy się w mocno „rolniczym” regionie. Nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego miejsca do biwakowania. Z pierwszego miejsca zrezygnowaliśmy z powodu bliskości wsi, zamieszkałej przez samych Romów. Po zatrzymaniu się, było słychać ich wrzaski i Kasia stwierdziła, że niechybnie wybierają się do nas na imprezę. Nie było dyskusji – zmieniamy miejscówkę… Chwilę później zaczęło się robić ciemno i wylądowaliśmy na wilgotnym poletku gdzieś między kukurydzą z błotnistą drogą pośrodku. Całe szczęście, że było późno i wszyscy byli zmęczeni, więc wieczór sprowadził się do rozbicia namiotów, zjedzenia szybkiej kolacji i pójścia spać. Nazajutrz ruszyliśmy w dalszą trasę oddalając się od Karpat i Transylwanii. Ekipa dzieli się na dwie grupy, ponieważ Jackobi z Marasem się oddzielają.

My postanawiamy podzielić dystans do Săpânţy na dwa krótkie odcinki, ponieważ wciąż mamy jednodniowy zapas czasu przed zaplanowanym dotarciem do granicy. Postanawiamy bardzo wcześnie rozbić namioty i wybór pada na okolice miejscowości Telciu. Długo jedziemy polną drogą z domami po obu stronach. W końcu stajemy za mostkiem przy kawałku łąki na rzeką, która wygląda na czyjąś własność. Jako pierwszy rozmowy z autochtonami zaczyna Brzytwa, ponieważ jakaś kobieta na podwórku skinęła potwierdzająco na słowo „Deutsch” – jakiś punkt zaczepienia…

Niestety, w praktyce nic z tego nie wyszło. I pewnie pojechalibyśmy dalej, gdyby nie zjawił się rosły Rumun w kapeluszu (jak się potem okazało, tutejszy kowal) z żoną. Ten, po wysłuchaniu naszej mowy w języku mocno międzynarodowym połączonym z gestykulacją odpowiedział nam tak samo, dając jasno do zrozumienia, że wie, o co nam chodzi i że możemy śmiało zostawać na noc. Chciałbym tylko jeszcze dodać, że wyraźnie było widać moment, kiedy nas zrozumiał, bo twarz mu pojaśniała w szerokim uśmiechu i od tego momentu zaczął się zachowywać jakoś inaczej – z dużą dawką euforii. Był to początek bardzo zaawansowanej integracji z tutejszą ludnością.

Najpierw pokazały się dzieci. Było ich sporo. A skoro dzieci to oczywiście pokaz sprzętu, zdjęcia za kierownicą itd. Chwilę potem poznajemy Simiona, który potrafi się porozumiewać po angielsku – jesteśmy w domu. Skoro angielski, to płynnie przeszliśmy do rozmów o pozyskaniu większej ilość palinki (byliśmy już blisko granicy i każdy myślał o zapasach, co by móc potem obdarować znajomych). Simion szybko wytłumaczył, że u nich kosztuje to 60 lei za 2 litry. Problemy się zaczęły, gdy powiedziałem, że chcemy kupić 15 litrów. Długo nie mógł tego ogarnąć i cały czas myślał, że nie mówię o ilości, tylko próbuję się z nim targować. Kiedy dotarło do nich ile alkoholu chcemy kupić, ryknęli gromkim śmiechem… Mi zrobiło się głupio i zacząłem tłumaczyć, że to nie na dzisiaj, tylko chcemy kupić też dla znajomych itp. Potem było coraz sympatyczniej… Przyszło sporo tutejszych ludzi. Vlad (kowal) pomógł nam rozpalić ognisko (miał ciekawy sposób – podpalił kawałek gumy noszony w kieszeni). Zaczęliśmy wozić wszystkich motocyklami. Kowal zaprosił nas do siebie, zatankował nasze kanistry wodą ze studni, poczęstował palinką i kawą. Wraz z Cezarem dostaliśmy od kowala po podkowie typowej dla koni, które pracują w górach przy zwożeniu drewna.

Potem z kolei Simion pokazał nam swój dom i poczęstował domowym trunkiem.

Kasia dostała na pamiątkę dzwonek, przyczepiany krowom, które pasą się same w górach. Ponoć jest to dzwonek, który zrobił jeszcze ojciec Vlada. Baaardzo zacny prezent… Siedzieli z nami do około 22-ej po czym stwierdzili że muszą iść, bo jutro czeka na nich praca… Spędziliśmy kilka ładnych godzin opowiadając sobie wszystko, co przyszło do głowy. Teraz już nie jestem w stanie sobie przypomnieć, w jakim języku tak dobrze się dogadywaliśmy…

Szukając wrażeń, odwiedziłem jeszcze bar, gdzie lokalni smakosze postawili mi piwo. Wracając, spotkałem na drodze gościa leżącego na skuterze. Okoliczności (i zapach) wskazywały na to, że nie mógł on już stać na nogach ani mówić, nie mówiąc o jeździe. Uśmiechał się tylko do mnie radośnie, więc stwierdziłem, że podstawowe funkcje życiowe są zachowane, a skuter oświetlony, więc nic mu tam nie grozi. Zostawiłem go tam, ciekawe czy mnie pamięta…

Nazajutrz, odwiedził nas jeszcze kowal, który zasuwał do pracy z wypasioną kosiarką. Potem z Simionem pojechaliśmy dobić targu odnośnie zakupów. A potem zabraliśmy dwóch bratanków Simiona na stukilometrową przejażdżkę do źródeł wody mineralnej (paskudnej z resztą). Chłopaki występowali jako przewodnicy. Jeden jechał u mnie w koszu a drugi u Brzytwy – obaj dumni jak pawie. Mam nadzieję, że im się podobała przejażdżka… bo wypad do „wód” był pomysłem od czapy wymyślonym w przeddzień wieczorem.

Po odstawieniu naszych pasażerów – przewodników, pojechaliśmy dalej w kierunku Săpânţy.

Săpânţa to zwykła wiocha na północy Rumunii. Zyskała sławę tylko dlatego, że jeden gość w 1935 roku zaczął produkować specyficzne nagrobki. Kolorowe krzyże, na których uwieczniał scenki rodzajowe przedstawiające to, czym się zajmował zmarły. Często też przedstawiają okoliczności śmierci mieszkańca danego grobu.

Nazwa „wesoły cmentarz” przyjęła się pewnie dlatego, że całość jest bardzo kolorowa i sam pomysł, żeby w ten sposób upamiętniać zmarłych jest dość „śmieszny”. Efekt jest taki, że we wsi teraz mają pełno turystów, przy drodze można kupić palinkę, pamiątki, ubrania i mnóstwo innych rzeczy, z czego pewnie żyje połowa mieszkańców. Dotarliśmy tam wieczorem. Po rozgoszczeniu się w sympatycznych dwuosobowych domkach, postanowiliśmy małą grupką skoczyć jeszcze na zwiedzanie… Reszta ferajny zrobiła to nazajutrz. Ciepły wieczór i zachodzące słońce (sprzyjające ładnym zdjęciom) sprawiały, że zrobiło się bardzo sympatycznie i można było naprawdę odpocząć, przechadzając wśród kolorowych nagrobków, które do tej pory znało się tylko ze zdjęć. Znów wydałem kilka złotych na pamiątki, po czym wróciliśmy do domków.

Tu właściwie kończy się wyprawa rumuńska. Nazajutrz dotarliśmy do granicy w Satu Mare. Wracając, odwiedziliśmy znów oazę spokoju w Tokaju. Zjedliśmy tam dobrze w knajpce, w której było menu po polsku, a pani kelnerka znała podstawowe zwroty w naszym języku. Potem zakupiliśmy kilka butelek Tokaju z Tokaja i pognaliśmy dalej.

Były jeszcze urodziny Brzytwy, niezapomniany wyścig na WSK-ach i marsz do sklepu w Niewierszynie w strojach z PRL-u, ale to już osobna historia na następne kilka stron… Wszystko opisałem w telegraficznym skrócie, a i tak wyszło mi trzy razy więcej stron niż zamierzałem napisać.

Niestety nie mam żadnych doświadczeń technicznych po tym wyjeździe, bo po prostu nic nam się nie psuło. Najpoważniejszą awarią było zapieczenie się styków przerywacza. Po wstawieniu nowego kondensatora i podrasowaniu przerywacza metodą na McGyver’a sprzęt jechał dalej.

Rumunia mnie zauroczyła. Chciałbym tam kiedyś wrócić. Chciałem tam zostać. I to tak bardzo, że nawet raz zgubiłem dokumenty. Niestety Galar, który jechał za mną, je znalazł (dzięki raz jeszcze;)) Korzystając z okazji chciałem też raz jeszcze podziękować Kazowi za komandorowanie, bo wyszło mu to bardzo dobrze, a nie miał z nami lekko, oj nie miał…;) No i Brzytwie za to, że postanowił mi towarzyszyć w wyprawie do Konstancy, bo bez niego by mi się nie udało…

Na koniec jeszcze chciałbym napisać kilka słów o informacjach, jakie słyszałem na temat Rumunii zanim tam pojechałem:

1. Ciorby, czyli rumuńskie zupy, które wszyscy zachwalają wcale nie powaliły mnie na kolana. Może po prostu źle trafialiśmy, a może są przereklamowane. Kosztowały ok. 9zł za porcję. Podawane z pieczywem i śmietaną osobno. Najsłynniejsza, ciorba de burta, która miała przypominać nasze flaki, była raczej kapuśniakiem z kawałkami mięsa. Dobre były, ale spodziewałem się czegoś innego…

2. Rumuńskie drogi są naprawdę dobre. Ruch natomiast jest o wiele mniejszy niezależnie od okolicy.

3. Ludzie we wsiach są bardzo otwarci, uczynni i radośni. Następnym razem, więcej czasu poświęcę na kontakt z ludźmi. W mieście było już „normalniej”, ale zbyt mało czasu spędziliśmy w miastach żeby się wypowiadać na ten temat.

4. Kartą płatniczą można się posługiwać na każdej stacji benzynowej. Tylko raz trafiłem na stację, gdzie nie dało się zapłacić, ale była tam chyba jakaś awaria. Bank miał korzystny kurs przy płatnościach kartą. Niestety przy podejmowaniu gotówki z bankomatu, każdorazowo pobierał ode mnie 10zł (PKO BP).

5. Zarówno trasa Transalpina jak i Transfogarska są „do zrobienia” zaprzęgiem bez większego wysiłku. Kaziowi nie przeszkadzało we wspinaczce po serpentynach nawet to, że miał oryginalny silnik i podejrzewam, że mógłby to zrobić na raz (ze sporym bagażem i pasażerem). Co dopiero reszta na beemkach…

6. Nigdzie nie straszyły nas niedźwiedzie ani wilki. Nie zauważyłem też nigdzie bezdomnych psów, które by komukolwiek zagrażały.

7. Romowie, czy też jak inni mówią, Cyganie, byli widoczni wszędzie, jednak oprócz jednego zbyt zuchwałego chłopaczka nie było innych negatywnych zjawisk. Oczywiście unikaliśmy jakiegokolwiek kontaktu z nimi.

8. Policja nie jest upierdliwa i nie interesowała się nami specjalnie. Raz nawet zaparkowaliśmy pod nosem patrolu, łamiąc przepisy i łażąc po skrzyżowaniu jak błędne owce – nic nie powiedzieli a nawet drogę wskazali zapytani. A na jakiś wyjątkowo sympatycznych nie wyglądali :p Niestety nie pozwolili sobie zrobić zdjęć, ale to już była przesada z mojej strony 😉

9. Dzieci i młodzież bardzo często posługują się j. angielskim, więc kto zna, łatwo się dogada. Dorośli rzadziej. Rosyjski pewnie znają (ci starsi), ale przyznają się niechętnie – jeden nawet się przeżegnał, kiedy zapytaliśmy czy po rosyjsku rozmawia.

10. 1 lei to mniej więcej 1 zł więc łatwo się przelicza. Ceny różne, ale ogólnie podobne do naszych, z wyjątkiem benzyny, która była droższa o ok. 30 groszy. Raz nawet gdzieś widziałem po 6zł, ale to było blisko morza. Za to palinka tania. 1 litra 60 – procentowego alkoholu można kupić po 10-15 zł.

11. Podczas wyjazdu bardzo przydała mi się szybka czwórka. Natomiast super wolna jedynka była jedynie kulą u nogi i wolałbym mieć zwykłą ruską…

No, to browar temu, kto to przeczytał do końca…J

Poniżej link do mojej galerii gdzie jest więcej zdjęć. Pod niektórymi zdjęciami znajdują się linki do filmików.

https://picasaweb.google.com/106968418873159488308/Rumunia2011CzyliRuskimZaprzegiemOdMorzaDoMorza

Kilka ciekawych namiarów:

Wesoły Cmentarz 47°58’16.67″N 23°41’42.72″E

Zyndranowa (Nad Panną) 49°25’22” 21°43’17”

Sebes (początek transalpiny) 45°57’32” 23°34’15”

Novaci (koniec transalpiny) 45°10’43” 23°40’15”

Cartisoara (poczatek transfogarskiej) 45°43’42” 24°34’34”

Pitesti(koniec transfogarskiej) 44°51’33” 24°52’11”

Szczyt Moldoveanu 2500m 45°36’15” 24°44’12”

Zapora w Malaia 45°21’17” 24°01’30”

Zamek Poenari 45°21’13” 24°38’07”

Zamek w Hunedoarze 45°44’55” 22°53’27” – nie odwiedziliśmy

Wulkany błotne 45°20’18” 26°42’17” – nie odwiedziliśmy

Autor relacji i zdjęć – Cubick

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *