Chorwacja 2012 – Cubick i Brzytwa

Nadszedł czas napisać relację, bo jak to Ziemowit vel Brzytwa określił: „trzeba potem wiedzieć, co się ma wspominać”. Poza tym, dopadła nas jesień, zima za pasem. Na zewnątrz pachnie błotem, zbutwiałymi liśćmi, wieje, zimno i pada… czas uciec umysłem z tego miejsca.

004

17 lipca pomyślałem sobie, że wyprawa już ruszyła. Nawet, jeżeli skończymy pod Tczewem z jakimś rozpindolonym mechanizmem to i tak temat „Chorwacja 2012” zaistniał… Myślałem tak sobie, bo chyba nie wierzyłem, że sprzęt da jeszcze radę. Zresztą, ostateczna decyzja o tym, że jedziemy, zapadła może dwa tygodnie przed wyjazdem (dogranie urlopów, finanse i inne bzdury)…Motocykl właściwie nie był ruszany od Rumunii, w sensie napraw czy przeglądów. Dodatkowo dostał w kość podczas dwutygodniowego pobytu w Mrągowie, a potem na „Kaziukach”. Potem było niewiele czasu, żeby cokolwiek przy nim dłubać czy sprawdzać. „Motór” dostał tylko „nową” przednią oponę (od Mirka). Stara się już do niczego nie nadawała i zaczęła pękać. W trosce o chłodzenie zdjąłem osłony na nogi i skrzynkę amunicyjną. Obejrzałem przegub kardana od strony zwolnicy, bo podejrzewałem go, że dostał dużego luzu – było OK. Wymieniłem oleje. Jeszcze w Mrągowie puściły mi dwie szpilki od lewego cylindra i jedna od prawego. Objaw był taki, że olej sączył się delikatnie z uszczelek pomiędzy cylindrem a głowicą. Zabawnie, bo prosto na buty. Zdążyłem to naprawić V-Coilem, bo uznałem, że wyjazd z taką awarią będzie lekką przesadą. To znaczy tak mi się wydawało, że naprawiłem…

20 lipca ruszamy z Kamienia do Wrocławia. Jest zimno – jakieś 14˚C. Po drodze tego dnia temperatura nie przekracza 20-tu. Takie lato. Do Wrocławia dojeżdżamy o 21.30 odwiedzając po drodze rodzinkę w Poznaniu. Prędkość po drodze 65-70km/h wg GPS-a. Później, od Poznania, utrzymuję 80, bo zaczyna nam się śpieszyć. Motocykl sprawuje się dobrze i spala ok. 7 L/100km. Nieźle, jak na tą prędkość i dość obciążony motocykl. Na miejscu czekają rodzice i dzieciaki, które spędzają wakacje u dziadków.

Nazajutrz do kina, na Prometeusza, a po południu dojeżdżają do nas Ziemek z Anią. Pod wieczór robimy wyprawę do Decathlonu, gdzie kupujemy buty do pływania (niezbędne w Chorwacji) i kilka innych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy.

W niedzielę 22-go lipca ruszamy z Wrocławia. Wcześnie rano pobudka, śniadanko, kawka i… nie chce przestać padać. Przez to wyjeżdżamy o 10.30.

W końcu ruszyliśmy…

Polska i Czechy mijają szybko. Dwie szpileczki przy silniku jakby wyczuwają, że opuściły granice Polski i postanawiają się znów zluzować. Moment zastanowienia, w którą stronę dalej jechać i postanawiam dać sobie jeszcze 100km żeby ocenić, czy sytuacja się pogarsza, czy awaria sprowadza się tylko do sączącego się oleju. Cóż, moje martensy, smarowane wzorowo, lśniły potem cudnie przez następne kilkanaście dni…

004
Blisko granicy czesko-austriackiej

Po najechaniu Austrii szybko znajdujemy wcześniej upatrzone pole namiotowe w Poysdorfie. Współrzędne ściągnięte z google earth różniły się dosłownie 200 metrami z rzeczywistym położeniem pola. Miejsce rewelacja – czysto, miło i tanio. Wieczorem idziemy na browarka do pobliskiej knajpy, a potem spać – sporo dziś przejechaliśmy… Zostawiamy tam razem 12 euro za całą ekipę (dużo mniej, niż podaje oficjalny cennik).

23-go ruszamy dalej z myślą, że następny postój będzie koło Karlovaca, już w Chorwacji. Nadal rześko – temperatura ok. 20˚C. Austria ciągnie się i ciągnie. Kiedy się jedzie samochodem, wydaje się jej (tej Austrii) jakby mniej. To przez te autostrady;) Mijamy Wiedeń i kierujemy się na Mureck omijając Graz.

004

W oddali centrum Wiednia

Po drodze jeszcze tylko postój na podciąganie szprych w moim kole od kosza. Ziemek natomiast przekłada śrubę od przedniego hamulca, ponieważ ta postanowiła się poocierać nakrętką o oponę. Moje wycieki z prawej strony ustały, za to z lewej, jakby przybrały na sile. Udaję, że tego z lewej nie widzę i cieszę się suchym prawym butem. Postanawiam też, że ruszę to gówno dopiero w Dubrowniku, bo boję się, że urwę którąś szpilkę całkiem i nie będzie jazdy w ogóle. A dojechać do celu jakoś trzeba…

Opuszczamy Austrię i wjeżdżamy do Słowenii zaliczając, znajomą już (z poprzednich wypadów samochodem), pizzerię. Dalej jedziemy bocznymi drogami (przez Lenart, Ptuj), żeby zaoszczędzić na winietach, które w tym kraju są drogie i obowiązują tylko na autostradach. Po posiłku zostaje nam „tylko” 140 km do pola namiotowego w Chorwacji. Przez Słowenię jedzie całkiem dobrze. Ruch, jak zwykle z resztą, jest znikomy. Boczne drogi w całkiem dobrym stanie. No i po ciągnących się austriackich autostradach w końcu robi się nieco ciekawiej. Łagodne pagórki kojarzą się z Bieszczadami…

Dojeżdżamy na Karlovaca jak jest już ciemno. W miejscu, gdzie miało być pole namiotowe, jest tylko park i to wyglądający na nieczynny. Błąkamy się chwilę po okolicy pytając tu i ówdzie o jakieś namiary, ale bezskutecznie. Pomaga nam dopiero młoda parka na motocyklu, która pilotuje nas potem dobre 15 km na duże pole namiotowe nad rzeką. Bardzo nam miło…J Rozbijamy się w świetle reflektorów, degustujemy piwo Karlovacko i Ožujsko.

Pole namiotowe jest olbrzymie, nad rzeką – niestety nie mamy czasu na zwiedzanie okolicy. Nazajutrz pierwszy raz budzimy się w Chorwacji…

004

Boczne drogi w Chorwacji

W perspektywie dojazd do Pakoštane, gdzie urlopuje się mój brat z rodzinką. Jest całkiem ciepło, więc pozbywam się „polarów”, zostawiając tylko spodnie i bluzę. Wyjeżdżamy z biwaku i robimy jakieś 60 km wąskimi, bocznymi drogami, zanim wjeżdżamy znów na autostradę. Sympatyczna kręta trasa w towarzystwie skałek przy drodze. Tylko temperatura zamiast rosnąć, zaczyna spadać i momentami termometry pokazują 18˚C. Zaczynam marznąć i na następnym postoju (już z powrotem na autostradzie) przepraszam się z polarami. Po jakichś 200 kilometrach zatrzymujemy się na popas. Przyrządzając jedzenie zauważam, że ziemia, asfalt, a nawet ławki i stół są ciepłe, wręcz gorące. Hmmm, dziwne…

004

Postój na chorwackiej A1

Dalej jest jeszcze gorzej. Zaczynają się ciemne chmury i spada kilka kropel deszczu. Prujemy autostradą i dojeżdżamy do Rovanjska (zjazd Maslenica). Wyjątkowe miejsce, bo tu pierwszy raz widać Morze Adriatyckie.

004

Przed nami Adriatyk

Zjeżdżamy z drogi i mimo zimna i padającego deszczu postanawiamy się wykąpać (woda, jak się potem okazało też jest zimna). Ziemek z Anią patrzą na nas dziwnie, bo obiecaliśmy z Agatą, że jak wjedziemy do Chorwacji, to zatęsknią za deszczem i chłodem. Póki co nie tęsknią… 😉

Współtowarzysze nabyli arbuza, którego wciągnęliśmy na miejscu. Zapaliłem znów cygaro zwycięstwa, bo to w końcu „od morza do morza II” i zastanawiam się, o co chodzi z tą pogodą. Po około dwóch godzinach postoju zbieramy się w dalszą drogę. Od razu zaczyna padać, więc gnamy autostradą nabierając wody. Po drodze przemyka mi przed oczami dziwna wioska (poniżej wiaduktu, po którym przejeżdżamy). Cała opuszczona, żadnych ludzi ani pojazdów, a z domów wyzierają tylko puste dziury po oknach. Wracając z powrotem, próbuję odnaleźć to miejsce, ale mi się nie udaje.

004

Rovanjska w deszczu

Do Pakoštane dojeżdżamy nie tylko zmarznięci, ale i przemoczeni do suchej nitki. Padało jak tylko ruszyliśmy z Rovanjska. Zarówno stan psychiczny, jak i pogoda nie pozwalają za bardzo rozważać możliwości nocowania pod namiotem. Dlatego jak tylko znaleźliśmy moją rodzinkę, pierwsze pytanie brzmiało: „gdzie znaleźć jakiś wolny apartament”. Szczęśliwie okazuje się, że gospodyni mojego brata ma dwupokojowy apartament wolny przez najbliższe dwa dni. To coś dla nas. Korzystamy z okazji nie próbując nawet się targować.

004

Wjazd na posesję, gdzie czekają upragnione pokoje

Po zainstalowaniu się w pokojach, brat zabrał mnie i Ziemka na zakupy. Dziewczyny natomiast, zostały same z butelką rakiji, którą dostały od gospodyni. To była mordercza dawka 😉

Nazajutrz rano, zgodnie z obietnicą chorwackiego gospodarza, przywitało nas słońce i powietrze, szybciutko osiągające temperaturę 30˚C. Widok z tarasu natomiast kazał się zastanawiać, czy to jest to samo miejsce, do którego przyjechaliśmy wczoraj.

004

Widok z tarasu w dniu przyjazdu… i nazajutrz

Zjedliśmy śniadanie i poszliśmy z całą ferajną nad morze, robić to, co się robi nad morzem w Chorwacji. Odbyliśmy nawet z Agatą rejs na pobliską wyspę (Św. Justiny) z kościołem na jednoosobowym pontonie typu Seahawk1(made in China). Bezcenne.. 😉

To był pierwszy dzień, kiedy czuło się, że się jest w innej strefie klimatycznej. Przejście kilkuset metrów w słońcu było wyzwaniem. W tym czasie wyschły nam śpiwory, ciężkie od wody, którą nabrały po drodze – nie wspominając o innych mokrych rzeczach. Słońce i upał towarzyszyły nam już potem do końca wyprawy.

Spędziliśmy w Pakostane dwa dni… W międzyczasie znalazły się luzy na krzyżaku, których szukałem przed wyjazdem z domu. Okazało się, że podejrzewałem nie ten krzyżak, co trzeba.

004

Rozbiórka w towarzystwie znudzonych „inspektorów” 😉

Potem nastąpiła szyba rozbiórka i zdziwienie, że to coś jeszcze jechało (krzyżak po ściągnięciu osłony po prostu rozsypał się – już wiem, po co są osłony). Był też moment grozy – bo okazało się, że zapasowy krzyżaczek ubył z zestawu przygotowanego jeszcze na Rumunię, i ulga – bo Ziemek wygrzebał skądś używany krzyżak trzymający się kupy. Zwiedziliśmy też samo Pakostane. Spędziliśmy pół dnia łażąc po uliczkach aż w końcu mając dość upału i chodzenia wróciliśmy do pokoju. Wieczorem robimy wypad na plażę całą ekipą.

004

Ekipa pakostańska

Nazajutrz, 26-go ruszamy dalej z zamiarem zatrzymania się w Slano (około 30km przed Dubrownikiem). Przed nami cały dzień jazdy do końca autostrady (ok.200km) a potem jeszcze ok. 100km trasą Jadrańską (ponieważ autostrada na południe jest cały czas w budowie). Mijamy zjazdy do Trogiru i Splitu, które mamy zamiar odwiedzić wracając. Jadąc dalej na południe, robi się naprawdę gorąco – jak na Chorwację przystało. Zaczyna mi też towarzyszyć to dziwne uczucie, które mówi mi, że nie powinno mnie tu być. Nie na tym sprzęcie. Takie same przemyślenia miałem, jak pojechaliśmy z Ziemkiem z Rumunii do Bułgarii, zamiast wracać i łapać uciekającą ekipę. W głowie zaczynają się rodzić różne pytania typu: a ile to kilometrów od domu, a jak tam opony/skrzynia/dyfer, a w ogóle to ile ten silnik może mieć nawinięte kilometrów…itp. Po kilku godzinach jazdy i rozmyślań filozoficzno-technicznych kończy się autostrada.

004

Przed nami koniec autostrady A1

Pani na bramce mało nie wychodzi przez okienko widząc nasze motocykle opowiadając żywo o tym, jak jej się podobają i że sama ma BMW. Zabiera nasze bileciki i kasuje nas stosując dosyć dużą zniżkę (mam poważne podejrzenia, że zrobiła to nielegalnieJ).

Zaczyna się górska, kręta droga, a mi słowa „dubrownik” i „zaprzęg” coraz mniej do siebie pasują. Wręcz zalatuje jakąś abstrakcją. Jest za to baaardzo malowniczo i jakby… egzotycznie.

004

Postój pod oliwkami

Przejeżdżamy przez odcinek Bośni i Hercegowiny i dojeżdżamy do Slano. Pole, które upatrzyliśmy sobie via google okazuje się niewypałem, więc cofamy się kilka kilometrów i znajdujemy inne, lepsze. Znajduje się przy drodze koło miejscowości Banići, ale nazywamy to „Robalowo”, ze względu na występującą tam bogatą faunę.

004

Baza wypadowa pod Banići

Rozbijamy namioty, robimy coś do jedzenia, zaliczamy kąpiel na pobliskiej plaży i postanawiamy urządzić wieczorny wypad na miacho.

Wieczorny wyjazd do Dubrownika udał się częściowo. Udał się przejazd tam i z powrotem (bezcenne-mógłbym tą trasą jeździć codziennie, w dzień i w nocy), fotki na moście Franjo Tuđmana oraz zwiad, który nas przygotował na wyjazd następny. Zaskoczyło mnie to, że Dubrownik nocą żyje. Ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu, tłumy ludzi, autokary z turystami i skutery. Znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. Próbowałem zatrzymać się gdzieś blisko starego miasta, a skończyło się to na dzikim rajdzie przez zatłoczone uliczki. I to dwa razy (ku uciesze pozostałych), bo zabłądziłem. Ot, taka ciekawa formuła zwiedzania – przynajmniej się oszczędza na opłatach i jedzeniu… Wróciliśmy późną nocą i opiliśmy imieniny Ani, na które wpadł też gekon liścionogi;).

004

Nocna imprezka

Oczywiście było też cygaro zwycięstwa, tym razem na poczet zdobycia DubrownikaJ Postanowiliśmy pojechać nazajutrz trochę wcześniej i zaparkować motocykle w pobliżu mariny.

27 lipiec to naprawa szprych, które się poluzowały w moim kółku koszowym oraz trasa i zwiedzanie Dubrownika.

Akcja szprychy i przegląd kilku innych rzeczy w motocyklu nabierają w takim miejscu innego wymiaru… Wątły cień, jaki dawało równie wątłe drzewko pomagał mi tylko przez chwilę. Potem słońce powędrowało dalej, a unieruchomiony motocykl i ja zostaliśmy wystawieni na słońce, jak fryteczki. Prace polegały na tym, że po ok. 10-15 min grzebania przy motocyklu, dreptałem pod prysznic i wchodziłem pod zimną wodę. Wracałem i po kilkunastu minutach znów suchy i zgrzany powtarzałem czynność z prysznicem. Nie pamiętam, ile razy. Pamiętam natomiast, że nie było sensu przebierać się, czy też zabierać ze sobą ręcznika, bo i tak po chwili byłem suchy.

Po południu mobilizujemy się i ok. 16-ej ruszamy znów do Dubrownika. Tym razem plany krzyżuje nam nieoczekiwany objazd. Zapewne gdzieś po drodze zdarzył się wypadek i policja, po dosłownie kilku kilometrach jazdy, kieruje nas na wąską drogę w góry. Mam gps-a, więc myślę sobie, że damy radę, choć droga wydaje się podejrzana. Zasuwamy przez jakieś 15 minut serpentynami pod górę i szybko wspinamy się na wysokość ok.600mnpm. Dziwię się, że przy temperaturze grubo ponad 30 silniki nie mówią dość. Zaczyna się robić bardzo malowniczo, wręcz widowiskowo. Do tego dochodzi lekka dezorientacja w terenie i za chwilę tkwimy w jednym, wielkim, międzynarodowym korku. Ziemek, który jako jedyny wziął ze sobą butelkę z wodą mineralną, zaczyna wydzielać racjeJ Po drodze mijamy punkt widokowy z przepiękną panoramą na morze i okoliczne wyspy. Wszystko wygląda wręcz nierealnie.

004

Punkt widokowy między Majkovi i Dubravicą

Objazd i sterczenie w korku zabiera nam grubo ponad dwie godziny jednak, myślę że warto było ze względu na widoki i kręta górską drogę…

Znów wpadamy do Dubrownika dużo za późno. Nauczeni doświadczeniem parkujemy przy marinie i dreptamy jakieś trzy kilometry w kierunku starego miasta. Czasu mamy mało, bo planujemy oprócz zwiedzania, zjeść jak cywilizowani ludzie i znaleźć naklejki na motocykl (takie zboczenie, jeszcze z Rumunii). Plan raczej nam się udaje wykonać, chociaż podejrzewam, że to nasze zwiedzanie, to raczej profanacja tego miejsca. Dubrownik jest przepiękny i ogromny. Stare miasto robi niesamowite wrażenie – nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Myślę, że powinniśmy tam zostać, na co najmniej trzy dni, żeby wszystko dokładnie obejrzeć. Jednym słowem – zwiedzanie Dubrownika do poprawki…

004

Uliczki Dubrownika

Wracamy grubo po północy. Znów cieszy fantastyczny nocny przejazd w gorący wieczór… Świeci księżyc i mamy przepiękne widoki na morze i wyspy, które mijamy po drodze. Atrakcje na resztę wieczoru zapewniają nam piwo kupione po drodze oraz pająki, modliszki i gekony w obozie J

28 lipiec to przejazd pod Split. Wcześniej odznaczamy jeszcze zaprzęgi naklejkami z Dubrownikiem. Potem zwijamy obóz i ruszamy.

Pole namiotowe znaleźliśmy w Podstrane i dostało nazwę „U babci”, ponieważ interesem zawiadywała starsza pani chodząca o lasce. Troszkę z nami rozmawiała i dało się wyczuć, że lubi turystów z Polski. Z resztą, jak wszyscy Chorwaci. Okazało się, że jest to bardzo sympatyczne miejsce blisko morza z ładną plażą wyposażoną w prysznice. Nic więcej do szczęścia nie brakowało.

Rozstawiliśmy namioty, zjedliśmy małe co nieco i postanowiliśmy po kąpieli wyskoczyć na wieczorne zwiedzanie Splitu. Zaskoczył nas korek przy wjeździe (jakieś fatum, czy coś…). Podobnie jak było z Dubrownikiem, Split zwiedzamy nocą. Ma to swoje zalety, ponieważ w dzień, jak świeci słońce, łażenie po mieście przypomina jakiś sport ekstremalny. Lepiej być w tym czasie blisko plaży.

004

Antyczne ruiny w Splicie

Jest sobota, więc wszędzie są tłumy. Marina zamienia się w jedną wielką imprezę. Koncertuje jakiś zespół udający Kubańczyków i trudno znaleźć miejsce przy stoliku. Obchodzimy chyba całe stare miasto i zasiadamy w jakiejś knajpie schowanej w kamienicy. Jest miło, więc czas mija szybko i robi się późno. Odnajdujemy nasze motocykle zaparkowane gdzieś w mieście i wracamy do „babci” kładąc się od razu spać.

Nazajutrz, 29 lipca w planie mamy Trogir, Kasztele oraz wyspę Ciovo, ruszamy więc wczesnym popołudniem. Rano robię jeszcze tylko mały rekonesans po okolicy, fotografując m.in. stary cmentarz niedaleko naszego obozowiska. Wyjazd około godziny 14-ej powoduje, że jedziemy w ostrym słońcu. Jest gorąco jak cholera, a każde zatrzymanie się na światłach czy skrzyżowaniu powoduje, że czuję się jakbym był bezpośrednio podłączony pod układ chłodzenia silnika. Zaczynamy od Kaszteli, zwiedzając charakterystyczne zabudowania tuż przy brzegu morza. Kilka razy gubię się wjeżdżając w ślepe uliczki.

004

Kasztele, z panoramą na Split

W końcu parkujemy przy plaży i nie możemy sobie odmówić kąpieli. Potem ruszamy dalej i objeżdżamy wyspę Ciovo odwiedzając Okrug Gornji (znów kąpiel J), a potem z drugiej strony wyspy, miejscowość Slatine. Na koniec parkujemy w Trogirze i do wieczora zwiedzamy miasto zaliczając po drodze pyszną mrożoną kawę oraz olbrzymie, świeżo smażone krewetki tygrysie w bułce. Mniam…

004

Widok na Trogir z wyspy Ciovo

30 lipca opuszczamy przytulną miejscówkę u zaprzyjaźnionej babci i ruszamy w stronę parku krajobrazowego Krka. Przemieszczamy się tam autostradą szybko i sprawnie i dzięki temu mamy sporo czasu na zwiedzanie. Bilety wstępu do parku nie są tanie, ale warto zobaczyć to miejsce. Za ok. 50zł za osobę z parkingu zabiera nas autobus, który wjeżdża w głąb gigantycznej doliny, do której wpływa rzeka Krka, tworząc liczne kaskady i wodospady. Mamy do dyspozycji trasę widokową, możliwość kąpieli pod wodospadem (no, może nie bezpośrednio), możliwość podziwiania rozmaitej fauny i flory i wiele innych atrakcji. Bilet jest ważny cały dzień i tyleż może nam zabrać zwiedzanie całego parku. My robimy to nieco szybciej, ponieważ mamy jeszcze w planie przejazd w okolice Pakostane i poszukanie noclegu. Z parku, wstyd się przyznać, wychodzimy objuczeni reklamówkami, w których niesiemy spory zapas alkoholu, w tym pyszne wino z fig…

004

Park Krka

Poszukiwania noclegu kończą się w miejscowości Sv. Filip i nie był to dobry wybór. Trafiliśmy do olbrzymiego pola biwakowego w centrum miejscowości. Głośno, brudno i mało atrakcyjnie. Na szczęście nie ma to jakiegoś dużego znaczenia, bo dzień był bardzo bogaty w wydarzenia. Po kąpieli w morzu i kolacji od razu zasypiamy. Nazajutrz docieramy do Rovanjska i tam już jest zupełnie inaczej…

004

Rovanjska

31 lipiec. Rovanjska. To samo miejsce, które 24-go przywitało nas wiatrem, zimnem i deszczem, teraz wygląda jak plan filmu „Blue Lagoon”. Instalujemy się na polu namiotowym. Jak zwykle, blisko plaży. Szybki posiłek i schodzimy nad morze. Ziemek spędza czas, oddając się swojej nowe pasji – wyciąganiem różnych stworzeń z dna morza. Do ciekawszych egzemplarzy należą na pewno rozgwiazdy i obrośnięty wszystkim, czym się da, duży żywy krab.

004

Ziemkowe zdobycze

Po obiedzie wybieramy się na spacer wzdłuż plaży, zahaczając o knajpkę z pysznymi lodami. Wieczór, który przeciąga się nieco, spędzamy nad wodą, wraz z litrem rakiji zakupionej w parku Krka. W mniej więcej połowie butelki okazało się, że na dnie pływa pająk. Nie za duży, może dlatego nie odnotowaliśmy żadnych efektów ubocznych;)

004

Nasza „żywa” palma

01 sierpnia to ośmiornice na obiadek. Zakupione w pobliskim sklepie. Potencjalni degustatorzy patrzyli na mnie podejrzliwie podczas przyrządzania, ale potem zeznali zgodnie, że im smakowały. Po obiedzie znów spacerek. Tym razem miała to być wyprawa po liście bobkowe. Liści nie znaleźliśmy, za to objedliśmy się figami, jak to się mówi, „prosto z krzaczka”. Zbiór liści bobkowych odbył się później, wieczorem. Rosły tuż przy samej plaży. Ostatni wieczór w Chorwacji spędziliśmy oczywiście również nad wodą. Atrakcją wieczoru został autochton, który wytaszczył z garażu wózek z odpowiednim oprzyrządowaniem. Po dziesięciu minutach przygotowań, zaczął serwować watę cukrową, naleśniki i różne inne cuda… Resztę wieczoru spędzamy na plaży przy piwie podziwiając zachód słońca, wspominając ostatnie kilka dni i planując powrót do domu.

Nazajutrz rano pakujemy się i wjeżdżamy na autostradę prując w kierunku Słowenii gdzie planowaliśmy nocleg.

004

Opuszczamy Chorwację

2 sierpnia upłynął nam na jednostajnej jeździe urozmaiconej jedynie małą awarią na ziemi niczyjej. Mianowicie, po opuszczeniu Chorwacji staliśmy grzecznie w korku przed wjazdem do Słowenii. Jako że było koszmarnie gorąco i sznurek samochodów przesuwał się powoli, postanowiłem przepychać motocykl po kilka metrów do przodu. W pewnym momencie poczułem opór i coś jakby chrupnięcie w dyfrze. Jako, że taki odgłos zwykle nie zwiastuje nic dobrego. nieco pobladłem. Szybka decyzja – postój, trójkąt ostrzegawczy i rozbiórka. Po ściągnięciu osłony krzyżaka okazało się, że to tylko smarowniczka, która postanowiła się uwolnić i wpadła między przegub i osłonę. Chwilę później dostaję sms-a z Polski, że ponoć byliśmy widziani między granicą chorwacko – słoweńską…J Wot, Wielki Brat czuwa!

004

Przymusowy postój

Po usunięciu awarii szybko dojeżdżamy do znajomej pizzerii i tam dostajemy namiar na najbliższy nocleg w hoteliku. Pole namiotowe trudno było namierzyć, natomiast nie znałem zwyczajów koczowniczych w Słowenii, więc wolałem legalnie zapłacić za nocleg. W wyniku tego zaparkowaliśmy w hotelu, gdzie można było wziąć prysznic, zjeść w restauracji i wyspać się w normalnym łóżku. No i zdać sobie sprawę z tego, że wyprawa raczej dobiega już końca (przynajmniej moje odczucie takie było…).

Nazajutrz grzejemy przez resztkę Słowenii i całą Austrię. U mnie pojawiają się problemy z odpalaniem z rozrusznika (jako, że zrezygnowałem kiedyś z kopniaka – jest to dość ważne). Po oględzinach okazuje się, że obsada bezpiecznika pod wpływem temperatury się stopiła. Prawdopodobnie sam bezpiecznik iskrzył na stykach i dodatkowo się przypalił. Po oczyszczeniu problem znikł.

Tego dnia pokonaliśmy prawie 500km głównie podziwiając widoki. Przez Austrię pojechaliśmy nieco inną, ciekawszą trasą (po drodze np. zamek Riegersburg). Jadąc do Chorwacji polecam zrezygnować z głównej drogi prowadzącej przez Graz, a zamiast tego pokonać odcinek Ilz – Mureck jadąc przez Feldbach i Gnas. Zaoszczędzimy trochę kilometrów, a sama podróż będzie ciekawsza od jazdy dwupasmową autostradą.

004

Przejazd przez Riegersburg

Ostatecznie, trafiamy na pole namiotowe w Czechach w miejscowości Plumlov, nad którą góruje malowniczy zamek. Samo pole namiotowe znajduje się u podnóża zamku i trudno tam trafić za pierwszym razem. Na szczęście zostaliśmy dobrze pokierowani przez mieszkańców. Zjeżdżając w dół, mijaliśmy knajpki pełne czechów, u których wzbudzaliśmy coś w rodzaju euforii! Na miejscu, też wszyscy podchodzili do nas ze swego rodzaju sympatią, co wydało mi się nawet dziwne (cóż, jestem przyzwyczajony do polskich realiów). W każdym razie, dzięki przyjaznemu nastawieniu autochtonów nie było problemów z „zameldowaniem się”, obeznaniu się z warunkami biwakowania i znalezieniu miejsca pod namioty. Samo miejsce określiłbym jako mało atrakcyjne (pomijając widok na robiący wrażenie zamek), jednak atmosfera… bezcenna! Wieczorem, zasiedliśmy do pysznego czeskiego piwa o nazwie Rychtar (jakiś Czech próbował mi tłumaczyć które jest lepsze i dlaczego ale ni cholery nie mogłem zrozumieć). Spróbowaliśmy też panierowanego, smażonego sera, który był boski…

004

Kemping w Plumlov

No i niestety, w tym miejscu nasze motocykle się rozjeżdżają. Ziemek z Anią pognali w kierunku Piotrkowa Trybunalskiego świętować urodziny. My, przez Wrocław w stronę Kamienia. Z mojej strony, cała wyprawa, to ok.4300km, 1700zł wydane na benzynę oraz worek, pełen wspomnień. Pisząc tą relację zdałem sobie sprawę, jak dużo się działo. Każdy dzień był bogaty w wydarzenia i naprawdę trudno było zamieścić wszystko w krótkim opowiadaniu, które nie znudzi czytającego. Znów sporo pominąłem…

Odbyłem jeszcze po drodze małą podróż sentymentalną, zabierając mamę do Mieczkowa, gdzie mieszka moja babcia z rodziną. Tam zacząłem moją przygodę z motocyklami zaczynając od Komarka, poprzez WFM-ki, WSK-i i inne jednoślady aż do pierwszego własnego Junaka kupionego za 200zł w 1988 roku. Pojawienie się tam zaprzęgiem to była czysta magia…

004

Kuźnia dziadka

Więcej zdjęć z tej wyprawy:

https://picasaweb.google.com/106968418873159488308/Chorwacja2012CzyliRuskimZaprzegiemOdMorzaDoMorza2?noredirect=1

https://picasaweb.google.com/106968418873159488308/Chorwacja2012OdZiemkow?noredirect=1

Linkownia:

Poysdorf camping http://www.poysdorf.at/d/default.asp?tt=POYS_R14

Pizzeria Pri Mici(Słowenia) http://gabrielsmak.blogspot.com/2012/08/46-28-17.html

Pakoštane http://pakostane-pakosztane.chorwackie.pl/

Autostrada A1 http://en.wikipedia.org/wiki/A1_%28Croatia%29

Banići (czyli nasze Robalowo) http://www.vikendi.com/en/d/camps-auto-camp-banici/75/

Dubrownik http://pl.wikipedia.org/wiki/Dubrownik

Split http://pl.wikipedia.org/wiki/Split

Kasztele http://www.cro.pl/kastela-t31768.html

Trogir http://pl.wikipedia.org/wiki/Trogir

Region Dalmacji http://pl.wikipedia.org/wiki/Dalmacja

Park Krajobrazowy Krka http://www.npkrka.hr/#/pocetna/?lang=eng&p=

Zamek w Plumlov http://www.zamek-plumlov.cz/

Pogoda Chorwacja http://www.chorwackie.pl/

Cubick,Brzytwa

5 thoughts on “Chorwacja 2012 – Cubick i Brzytwa

  1. Ich habe zwar nicht mitgetestet aber ich muss sagen es sieht toll aus! Besonders hübsch finde ich im übrigen das Foto von Zahnfee1, da die Coctails da so hübsch dekoriert wurden LG

  2. Unter dem Strich ist das alles nur ein Spiel wo Ehrgeiz halt dazugehört – und den Teilnehmern inklusive der Gewinner kann man auch nichts vorwerfen. Man spielt halt innerhalb der Möglichkeiten. Will man etwas ändern dann sollte man das System halt anpacken. Am besten positif denken, es wird bestimmt noch andere Wettbewerbe geben mit hoffentlich verbesserten Systemen. Und eigentlich haben alle Bilder das recht zu gewinnen, denn schön und einzigartig sind sie alle.

  3. I have seen lots of anti-global warming videos (either by or supporting leading authorities in this area (even people high up in greenpeace dont support human-caused global warming)) and if you go back millions of years we are actually a lot colder than the earth has been, the temperature tends to go Warm, then Ice Age, than warm then ice age (note these changes happen over many years). Al Gore is just trying to get votes by pretending to care.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *