Marcin3M – 2676km dookoła Polski

Konkurs na objazd Polski radzieckim motocyklem ma już wieloletnią tradycję, niestety tylko tradycję. 
Zapowiadało się wielu, niektórzy nawet odgrażali 😉 – ale zawsze coś stało na przeszkodzie.
Pierwszy był Whisky, potem długo długo nic i w tym roku pojawił się kolejny śmiałek.
Nie straszył, nie groził, wziął się i wykonał 😉 .

Na początku był pomysł

Witam wszystkich forumowiczów! Pomysł objechania Polski dookoła zakiełkował w mojej głowie po przeczytaniu relacji, jaką napisał Whisky. W tym czasie, a było to dobrych kilka lat temu, mój motocykl był w trakcie remontu. Pozostało uzbroić się w cierpliwość i czekać.

Zanim przejdziemy do samego wyjazdu chciałbym się z Wami podzielić historią mojego motocykla. Myślę, że może to być zachęta dla niektórych z Was, ponieważ uważam, że zakres prac przeprowadzonych przy sprzęcie nie wykracza ponad to, co prawie każdy nowy nabywca ruska jest zmuszony wykonać. Ja prace przeprowadziłem bazując na częściach oryginalnych, ale o tym za chwilę.

Sprzęta kupiłem z Celestynowa

… od sprzedającego, który jest znany z Allegro jako Russian_Boxers. Miało być pięknie, nowy Dniepr z napędem…….i rzeczywiście, na liczniku 42km przebiegu, silnik zakonserwowany fabrycznie, komory spalania zalane do pełna olejem.

Wyszło jednak jak zwykle, ponieważ do cylindra od strony kosza dostała się woda i strona ta zardzewiała unieruchamiając silnik.

To, że sprzęt przestał wg sprzedającego 15 lat na dworze (u niego był nakryty maską od Warszawy) jakoś mnie nie przerażało, powiem więcej, całość pokryła się szlachetną patyną (czytaj rdza), która do dziś cieszy moje oczy.

Nie mając innego wyjścia rozebrałem silnik, co nie było łatwym zadaniem, ponieważ głowice były zrośnięte z cylindrami. Nie pomagało podpalanie wlanej do środka benzyny, dopiero zastosowanie młotka dało efekt pozytywny. Doprowadziło to niestety do uszkodzenia cylindrów i jest to jedyna część w silniku, którą wymieniłem na nową (2 nominalne wschodnie cylindry od Ediego). Szlif wału wykonała nieistniejąca już szlifiernia Mateja w Poznaniu, tam też dorobiono panewki korbowodowe. Głowice miały nieszczelne zawory, skończyło się na dotarciu za pomocą pasty. Całość poskładałem na oryginalnych tłokach z oryginalnymi pierścieniami, które udało się uratować. Skrzynia biegów z kominem, z racji tego, że jakoś mi nigdy nie pasowała, została rozebrana i otrzymała obudowę płaską pod filtr plastikowy.

Przy okazji wymieniłem łożyska, uszczelniacze i założyłem szybką czwórkę. Forumowicze zauważą zapewne przód na wahaczu pchanym, oraz osłony na nogi, które zamontowałem.

To tyle, jeżeli chodzi o moje naprawy. Muszę się w tym miejscu przyznać, że podobnie jak Whisky korzystałem z usług Oldtimergarage ze Szczecina. Po uszkodzeniu dyfra, o którym poczytacie na Forum (po zalogowaniu):

http://forum.redmotorz.eu

udało mi się kupić za niewielkie pieniądze dyfer używany. Uszkodzony zestaw po umyciu z oryginalnej mazi smarującej wysłałem do regeneracji. Otrzymał on nową czaszę z frezami pod blokadę, którą mam nadal w planie .

Dyfer wyremontowany przez Oldtimerów został założony praktycznie przed samym wyjazdem i sprawował się naprawdę super! Przed startem udało mi się przejechać na nim 240km, a po okrążeniu Polski doszło kolejne 2670km, jest suchutki i aż miło na niego spojrzeć!!!

Reszta podzespołów jest ORYGINALNA, tzn. tak jak zostało to zamontowane przez producenta. Zwolnica zalana jest oryginalnym b. gęstym olejem, który przypomina raczej zastygły towot: 

Przez około 1,5 tygodnia, które zostały mi do wyjazdu, robiłem popołudniami drobne naprawy. Widząc przed sobą cel można wiele osiągnąć, i tak wymieniłem: dyfer, teleskopy tylne, wyprostowałem tylny błotnik oraz siedzenie (pokrzywione jakieś 2 lata temu), założyłem skrzynki narzędziowe, wymieniłem opony terenowe na szosowe i najważniejsze – uruchomiłem hamulec wózka, który nie działał……… od momentu zakupu maszyny.

To tyle w temacie przygotowań motocykla, a teraz wyprawa J

Dzień zero, piątek 01.07.11, stan licznika pod domem: 15991km

Jako że w piątek miałem już wolne, zostawiłem sobie pakowanie motocykla właśnie na ten dzień. W nadziei na słoneczną pogodę zabrałem ze sobą namiot, śpiwór, jasiek i dwie pałatki. Pakowanie wyposażenia „kampingowo-wyżywieniowego” poszło nawet sprawnie. Problemy pojawiły się, gdy zacząłem pakować części zamienne, które ewentualnie mogą się przydać. Najchętniej zabrałbym połowę garażu, ale musiałem się ograniczyć do:

– aparat zapłonowy kpl.

– szprychy 5szt.

– dętki 2szt.

– tarcze sprzęgłowe 2szt.

– sprzęgło gumowe (kuplung)

– linki gazu, hamulca, sprzęgła

– żarówki

– przegub dyfra kpl.

– szpilka mocująca cylinder/głowicę 4szt.

– dźwigienki zaworowe kpl 2szt.

– zapasowa opona 1szt.

Do tego oczywiście całe mnóstwo kluczy, ulubionych śrubokrętów, lewarków itd.

Na koniec trzeba było się jeszcze ubrać, pożegnać rodzinkę i start do zerowego etapu Grodziec Mały – Jagodzin

 

Po około 2h docieram do celu, miejscowość Jagodzin między Żaganiem a Zgorzelcem.

Tutaj w miłej atmosferze wraz z kolegą Kusym sprawdzam ostatnie szczegóły i zasięgam też telefonicznej porady u kolegi kg200bol w temacie ilości oleju w dyfrze – dzięki Tomaszu! Pozostało tylko doczekać do rana i można zaczynać okrążenie naszego kraju!

Dzień pierwszy, sobota 02.07.11, od domu 114km

Pobudka 6.30. Po śniadaniu i zapakowaniu motocykla staruję w kierunku Zgorzelca. Pogoda dopisuje – nie ma opadów. Przed Zgorzelcem spotykam się z Tytusem,

który prowadzi mnie na stację BP, tankuję i wreszcie mam pierwszy paragon, który jest wymogiem regulaminowym:

Startuję w kierunku Kostrzyna pozostawiając za sobą moich wczorajszych gospodarzy, którzy spoglądają na mnie z pewną obawą

Przejeżdżam przez Żagań w kierunku Nowogrodu Bobrzańskiego, docierając do Nowogrodu napotykam deszcz. Nie wiedząc jeszcze, że będzie to mój stały towarzysz podróży przebieram się w kombinezon i ochoczo zasuwam dalej .

Około godziny 12.30 docieram do Kostrzyna, deszcz pada coraz mocniej, szukam stacji benzynowej, wjeżdżam na BP, a tutaj kolejka jak za czasów PRL. Samochody w czterech rzędach, po 5-6 aut w jednym, obsługa uwija się jak w ukropie, wszyscy tankują do pełna + po 2-3 kanistry w bagażniku szczelnie obwinięte w plastykowe worki. Myślę sobie, chyba paliwo mocno podrożeje…..okazuje się jednak, że to turyści zza Odry, których coraz trudniejsza sytuacja finansowa zmusza do tankowania za granicą .

Po krótkiej pogawędce z obsługą jadę na inną stację, która nie jest tak oblegana. Tankuję i wreszcie pojawia się druga czerwona kropka na mojej mapce oraz paragon! .

Załoga karetki pogotowia doradza mi, w jaki sposób najszybciej dotrzeć do trasy S3, aby w komforcie, po równiutkiej nawierzchni mknąć w kierunku Szczecina.

Kieruję się na Myślibórz, a następnie wjeżdżam na S3…….wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, że NIE jadę w kierunku Szczecina, wręcz przeciwnie, jadę na Gorzów Wielkopolski L . Drogi szybkiego ruchu mają to do siebie, że ciężko z nich zjechać poza wyznaczonym zjazdem. Dotyczy to także mojego Dniepra z napędem . W coraz gorszym humorze jadę dalej na Gorzów i nagle po prawej na poboczu po kilkunastu kilometrach, które zrobiłem dodatkowo, widzę Inspekcję Ruchu Drogowego, a za nimi rozpiętą bramę z siatki, przez którą ewakuuję się z feralnej, jak miało się dla mnie okazać, S3. Miło było spotkać tych Krokodyli .

Po jakimś czasie docieram ponownie do skrzyżowania, na którym popełniłem błąd i za chwilę jadę już w końcu w kierunku Szczecina. Pogoda nie rozpieszcza, deszcz pada, a do tego ciężarówki wyprzedzają mnie chlapiąc wodą niemiłosiernie….. Kilometry jednak uciekają, a to pomimo aury pozytywnie mnie nastawia!

Jadę 70-75 km/h i nagle od strony kosza zaczynam słyszeć regularny miarowy stukot, w pierwszej chwili odczuwam rozczarowanie. Jak to? Już się coś zepsuło ??? Że niby nie będę mógł jechać dalej ??? Przecież jestem prawie pod domem!

Zatrzymuję się na poboczu. Na początku postawiłem na prawą głowicę,

jednak okazało się, że na postoju przy zatrzymanym motocyklu stukotu po prostu nie ma. ZDZIWKO? Dalsze poszukiwania odkrywają usterkę – jedna urwana szprycha

w tylnym kole hałasowała uderzając o szklankę przegubu,

uff, wykręcam i rura dalej!!!!

W deszczu docieram do Szczecina. W duchu pytam siebie, kto wymyślił, że trzeba tankować paliwo w miejscowościach kontrolnych ??? Nie można jechać dalej obwodnicą??? . W przemoczonych rękawicach odbijam na Szczecin-Centrum i tankuję na pierwszej napotkanej stacji. Ze względu na deszcz naklejki zostawiam sobie na później.

Teraz tylko jedna myśl – odjechać stąd jak najdalej!!!!

Trasą nr 6 jadę w kierunku Słupska, po 90km mam już dość wody, która wlewa mi się pod kaskiem i postanawiam gdzieś się przespać. Wybór pada na agroturystykę w okolicach miejscowości Modlimowo. Wjeżdżam do środka między budynki, a tam…….. wesele!!!!!!!! A ja naprawdę nie mam już siły. Okazuje się jednak, że nocleg się znajdzie i nie będę przeszkadzał. Właściciel udostępnia mi kotłownię, w której mogę wysuszyć wszystkie ciuchy.

Motocykl trafia pod zadaszenie.

Po krótkiej relacji do Szefa Sztabu – Melexa padam zmęczony do łóżka.

Dzień drugi, niedziela 03.07.11, od domu 566km

Wstaję rano, pogoda jest stabilna, chmurzy się i pada. Na śniadanie zostaję uraczony ciastem z wesela, zapijam wszystko kawą i między kroplami padającymi z nieba ruszam do, jak się miało okazać, najdłuższego etapu. Tym razem nie popełniam wczorajszego błędu, ubieram się cieniej i po założeniu kombinezonu mogę go szczelnie zapiąć pod kaskiem. Pomimo deszczu nie nabieram już wody. Od tego etapu jadę też w pełnym integralnym kasku. Muszę tutaj powiedzieć, że wystartowałem ok. 6.30 i świadomość, że jestem na urlopie, jest wcześnie rano, a ja nie mam nic innego do roboty i mogę jechać, jechać i jechać, była po prostu bezcenna .

Docieram do Słupska, tankuję paliwo, wysyłam smsy i jadę dalej na spotkanie z kolejnym forumowiczem – Frytą. Kolegę zauważam już z daleka,

czeka ma mnie pod tablicą Lęborka. Po krótkiej pogawędce otrzymuję upominek wykuty ze stali – statuetkę Gryfa Pomorskiego – dzięki Sławek! Jeszcze parę zakrętów i zostaję wyprowadzony do drogi prowadzącej na Sierakowice. Pogoda sprzyja, kieruję się na Kartuzy, Żukowo, aby dojechać do kolejnego punktu kontrolnego, którym jest Gdańsk. Jadąc tą trasa widzę po raz pierwszy nazwy miejscowości napisane po kaszubsku. Czytam je sobie pod przyłbicą kasku, brzmią dla mnie dość dziwnie…..z pewną ulgą przyjmuję ich zniknięcie.

Docieram do Gdańska i od razu pakuję się w korek. Zawracam, zasięgam informacji i…… pakuję się w drugi korek. Straciłem tutaj w sumie ok. 1,5h stojąc w korkach i przebijając się przez obwodnicę miasta w pełnym słońcu! Czuję się jakby mnie ktoś w termosie zamknął , a więc zatrzymuję się na stacji i jeszcze raz się przebieram!

Tankuję paliwo, uzupełniam naklejki, pożegnalna fota pod tablicą

 

 

i start w kierunku Elbląga.

Mijam Elbląg, odbijam na Pasłęk i pierwszy krótki postój robię w miejscowości Orneta.

 

 

 

Tutaj na stacji benzynowej spotykam eleganckich turystów jadących samochodem BMW……po krótkiej pogawędce stwierdzają, że muszę mieć dużo czasu, aby na urlop jechać takim sprzętem….., kierowca mówi, że w życiu nie wymieniał koła na zapasowe, więc moje opowieści o „drobnych” przygotowaniach sprzęta przed wyjazdem były chyba ponad jego siły…. . Dopijam Lecha Free, wsiadam na maszynę i kieruję się w stronę Kętrzyna-Giżycka. Ten etap przebiega dość sprawnie, może dlatego, że byłem motocyklem na Mazurach już trzykrotnie: 1998 – MZ ES250 z wózkiem

 

 

 

oraz w latach 2000 i 2001- IFA BK 350

 

 

Po drodze mijam tablice drogowe, które dla Dolnoślązaka wyglądają dość „egzotycznie”

 

 

Pod moim domem, na drodze krajowej nr 12 mam też taką tablicę, tyle że do Bezled jest aż 609km .

Pod Kętrzynem zaczyna padać, zatrzymuję się i przebieram ponownie w kombinezon, przy tej czynności zauważam pewną wprawę, na początku był to duży problem, aby ubrać się samemu, teraz idzie jak z płatka – trening czyni mistrza!!!

Docieram do Kętrzyna, jest ciemno i pada coraz bardziej, po 30km jestem w Giżycku, które wita mnie oberwaniem chmury, zatrzymuję się na stacji, pytam o drogę miejscowych i cały czas myślę, że można by dziś dotrzeć do Suwałk…..ruszam na Suwałki, tam pewnie nie pada…przedzieram się przez miasto i nagle kończy mi się paliwo. Ląduję na przystanku, w strugach deszczu wlewam do zbiornika zapasowe 5 litrów paliwa, które jechało w koszu i po tej akcji stwierdzam, że trzeba zakończyć na dziś tą nierówną walkę. Motor odpala od pierwszego kopa, jadę znajomymi ulicami w stronę Twierdzy Boyen, w której zamierzam przenocować. Docieram do twierdzy, przejeżdżam przez fosę i zatrzymuję się pod bramą. Wszystko zamknięte na głucho, rozglądam się gdzie by tu pod jakimś daszkiem rozbić namiot….i nagle eureka!!! na drzwiach jest numer komórki na portiernię! Wykręcam i po chwili otwierają się ogromne wrota, wjeżdżam do środka przez ciasny przejazd, którym kiedyś wjeżdżali konno żołnierze….Motocykl dostaje honorowe miejsce pod baldachimem, a operator trafia do ogromnego koszarowa

 

 

Dostaję duży pokój, w którym jestem sam

 

 

Uczucie samotności potęguje ogromny korytarz, który ma 70mb

 

 

Wszystko jest tutaj dużo za duże dla normalnego zjadacza chleba:

 

 

Miałem nadzieję, że jeszcze ktoś jest zakwaterowany i będę mógł podzielić się trunkiem, który przyjechał w skrzynce zamocowanej na koszu, niestety byłem sam. Na korytarzu moją uwagę przykuły klapy zamontowane w ścianach po obu stronach korytarza

 

 

Po krótkich oględzinach okazały się otwartymi kominkami, które służyły do ogrzewania budynku

 

 

Kilka słów na temat samego obiektu:

Twierdza Boyen w Giżycku została wybudowana w latach 1843 – 1855 jako obiekt blokujący strategiczny przesmyk pomiędzy jeziorami Niegocin i Kisajno. Zwolennikiem i inicjatorem budowy tego obiektu był generał von Boyen, co w 1846 postanowiono uhonorować, nadając powstającej twierdzy nazwę od jego nazwiska. W czasie I i II Wojny Światowej twierdza miała strategiczne znaczenie. W latach 50-tych wykorzystywało ją Wojsko Polskie. Obecnie jest obiektem muzealnym i turystycznym, gdzie mieści się schronisko PTTK.

Dzień trzeci, poniedziałek 04.07.11, od domu 1090km

Wstaję rano, jem śniadanie

 

 

sprawdzam oleje, nie chce mi się już o tym znowu pisać, ale…. pada dalej. Sprawdzam jeszcze pogodę w kanciapie portiera i startuję do następnego etapu. Jest jednak światełko w tunelu na poprawę pogody, problem w tym, że tunel jest dość długi (ok. 800km) i kończy się dopiero pod Sanokiem, to tam wpadają do niego promienie słońca J

Po 100km docieram do Suwałk

 

 

tankuję i jadę dalej w kierunku Terespola. Mijam Augustów, Suchowolę, przejeżdżam obok skrętu na Sokółkę (Rosyjskie Boxery) i powoli docieram do miejscowości Białystok. Tutaj zatrzymuję się na przystanku, aby sprawdzić mapę i nagle z naprzeciwka widzę motocyklistę, który powolutku zwalnia, wrzuca lewy migacz i wjeżdża w boczną drogę jakieś 50m przed moim przystankiem. Jako że motocykl i motocyklista należą do Białostockiej Drogówki J postanawiam zasięgnąć informacji u źródła, cofam zaprzęgiem wywołując ogólne łał

 

 

Mając wszystkie informacje jadę dalej skutecznie omijając miasto. Dalsza trasa prowadzi przez Bielsk Podlaski, Siemiatycze, Białą Podlaską do Terespola.

W Bielsku Podlaskim mam następną kontrolę, która odbywa się w nutę: „…mam IŻa 56, dokupiłem niedawno kolaskę i będę remontował….”

 

 

Jako że papiery oraz motocykl są w porządku, jadę dalej w nadziei na lepszą pogodę. Docieram do Terespola

 

 

tankuję paliwo i ucinam krótką pogawędkę z tubylcami. Jeden z nich jest w posiadaniu Jawy TS 350, w pewnym momencie zadaje dość dziwne pytanie jak na mieszkańca Terespola: Skąd bierzecie części do tych rosyjskich motocykli ??? No cóż, mógł nie wiedzieć, że prawie wszyscy dostawcy części pochodzą z tego regionu J

Obwodnicą Terespola docieram do skrętu na Włodawę. Walcząc z pogodą, koleinami i Tirami kieruję się na południe drogą prowadzącą wzdłuż granicy wschodniej. I tutaj ciekawy obrazek: na poboczu drogi słupek graniczny, następnie Bug, a dalej już tylko Białoruś

 

 

Po jakimś czasie postanawiam się zatrzymać. Wjeżdżam do lasu, robię kawę, ładuję telefony

 

 

i robię kilka pamiątkowych zdjęć

 

 

Powoli czuję coraz większe zmęczenie fizyczne, postanawiam przejechać jeszcze 100km i poszukać jakiejś bazy.

Mijam Włodawę i kieruję się w stronę Lublina. Przez następne 20km pada b. mocno, co skłania mnie do odkręcenia manetki…….wibracje, które występują doprowadzają do pęknięcia tłumika, który zaczyna brzęczeć, jakby metal tarł na sucho o metal. Nie znając przyczyny zatrzymuję się na dość klimatycznym przystanku

 

 

sprawdzam aparat zapłonowy-OK, wypuszczam olej ze skrzyni biegów, aby sprawdzić czy się nie zaciera-OK, stawiam teraz na alternator, niestety do niego nie zabrałem żadnych części zapasowych L. Jestem tak zmęczony, że zastanawiam się, czy nie rozbić namiotu na przystanku obok motocykla. Sprawdzam nawet rozkład jazdy: są dwa połączenia w ciągu dnia – ruch niewielki, fetor przystankowy skutecznie mnie jednak odstrasza. Postanawiam ruszyć powoli w kierunku Urszulina, aby zatrzymać się na jakiejś bazie i powoli, bez stresu poszukać usterki.

Szczęście się do mnie uśmiecha, docieram do miejscowości Wytyczno, wynajmuję domek z kominkiem i wszystkimi możliwymi bajerami

 

 

Rozpalam ogień w kominku

 

 

jem kolację

 

 

następnie jeszcze krótka relacja smsem i padam bez życia do suchego łóżka .

Dzień czwarty, wtorek 05.07.11, od domu 1563km

Na drugi dzień oczywiście pada i nawet nie zanosi się na jakąkolwiek poprawę. Po krótkim poszukiwaniu znajduję wreszcie usterkę – pęknięty, brzęczący tłumik. Z tej radości i zmęczenia postanawiam nie jechać dalej i robię jeden dzień przerwy.

W trzy dni zrobiłem 1563km J J J

Dzień piaty, środa 06.07.11, od domu 1563km

Po nabraniu sił ruszam dalej. Na dziś planuję dojechać do Leżajska w woj. podkarpackim. Jest to dość krótki OS, ok. 170km. Do celu docieram około 13.00. Wspomnę jeszcze tylko, że cały czas padało, bo jakże mogłoby być inaczej – standard. Z Leżajska pochodzi moja Mama, mam tutaj sporą rodzinę. Odwiedzam kogo się da, kończę nocne Polaków rozmowy ok. 2.00 w nocy .

Dzień szósty, czwartek 07.07.11, od domu 1740km

Startuję w deszczu, kierunek Przeworsk, gdzie czeka na mnie kolega Prezes z częściami do amortyzatora ciernego. Od Giżycka jadę z uszkodzonym amorkiem, po prostu nie trzyma, za to ja trzymam mocno kierownicę J starając się jechać 65-70km/h, poniżej tej prędkości mam darmową siłownię.

Z relacji prezesa wynika, że od kilku dni u nich pada, jest jednak nadzieja na poprawę pogody w Przeworsku, podobno w miejscowościach, które minąłem, od razu zaczyna świecić słońce .

Jedna fota przy montażu dostarczonych części

 

 

(Prezes uratowałeś mi Życie Dzięki) uścisk dłoni Prezesa

 

 

i można jechać dalej

 

 

Kieruję się na Sanok. Po jakiś 100km, nie mogę w to uwierzyć, przestaje padać J Może to zabrzmi dziwnie, ale jedzie mi się jakoś tak nieswojo, słońce mnie razi, co chwilę zatrzymuję się ściągając kolejne ciuchy…..po drodze zaliczam kolejny pkt. kontrolny w Sanoku. Tutaj jest upał…..suszę ubrania

 

 

jem coś na stacji i ruszam dalej drogą 28 w kierunku Nowego Sącza.

Gdzieś między Sanokiem a Krosnem wymieniam tylne koło. Powodem są urwane kolejne szprychy

 

 

Obsługa CPN-u przygląda się z zaciekawieniem, następnie pada pytanie Gdzie jedziesz tym motorem? Pokazuję im mapkę Polski naklejoną na kosz, a oni chórem: Dookoła Świata!!!!! tzn. Polski, poprawiają się po chwili . Miło było ich spotkać, życzą mi powodzenia i dają namiary na stację, w której jest darmowy kompresor do pompowania kół. Dalsza trasa przebiega przez bardzo malownicze tereny

 

 

Szkoda, że nie mam aparatu zamontowanego na kasku, którym można by robić zdjęcia. Mijam Krosno, Jasło, Gorlice i około 10km przed Nowym Sączem zatrzymuję się, aby wymienić zużyty przerywacz

 

 

Nie chce mi się grzebać, więc wymieniam cały aparat zapłonowy, parkuję furę, robię pożegnalne zdjęcie

 

 

i przez nieuwagę wjeżdżam do rowu.

 

 

Z opresji ratuje mnie sympatyczny kierowca busa

 

 

wyciągamy razem sprzęta i jadę dalej. Okolice Nowego Sącza, Limanowej, Mszany Dolnej i Suchej Beskidzkiej wywarły na mnie niezapomniane wrażenia. Stogi siana, wozy drabiniaste na drewnianych okutych kołach oraz samoróbki traktorów na ES-iaku (S 231 z Andrychowa), po prostu trzeba zobaczyć. W Suchej Beskidzkiej odbijam na Żywiec, a stamtąd na Bielsko Białą. W Bielsku melduję się około 20.00. Pozostaje mi jeszcze tylko ok. 60 do Sosnowca, gdzie mam umówiony nocleg. Bliskość Sosnowca i dobra droga sprawia, że pędzę 80km . O 21.30 docieram na parking strzeżony. Parkingowy musiał mieć awersję do motocyklistów, bo na widok motoru powiedział, że takich sprzętów nie obsługuje i mam sobie szukać miejsca gdzie indziej L. Po ok. godzinie docieram wreszcie pod adres, gdzie mam się przespać.

Podsumowując ten etap muszę powiedzieć, że po pierwsze wreszcie było bez deszczu, a po drugie mam jutro zamiar dojechać do METY 😉

Dzień siódmy, piątek 08.07.11, od domu 2194km

W Sosnowcu jakoś nie mogłem spać, może dlatego, że motor był na parkingu strzeżonym, a nie w zasięgu mojej ręki? A może z powodu starszej Pani w szlafroku wyglądającej jak sprzątaczka, która przyjęła sprzęta na parking? Gdy zapytałem o pokwitowanie, ona odbiła pytaniem: Po co Panu pokwitowanie??? Nie ma Pan do mnie zaufania???? Zbaraniałem, ale bez pokwitowania nie wyszedłem. Odebrałem motor rano ok.7.00, był cały i zdrowy . Na parkingu czekała na mnie informacja z numerem telefonu dwóch osób chcących kupić mojego Dniepra!

O 12.30 ruszam do ostatniego etapu. Wybrałem jazdę po autostradzie, ponieważ jadąc po niej w godzinę przejeżdżam ok. 67km. Na drogach krajowych/wojewódzkich ta średnia spada do ok. 50km w ciągu godziny.

Jest piękna słoneczna pogoda, zaliczam jeden mały deszczyk w okolicach Rudy Śląskiej, dalej już tylko po suchym. Na 100km przed Wrocławiem odpada tłumik (wibracje od źle wycentrowanego koła zapasowego, które wymieniałem w okolicach Sanoka), wlekę go po autostradzie na kawałku obejmy.

Na poboczu wykonuję solidna naprawę za pomocą najlepszego wynalazku XX wieku, tłumik powiązany na opaski z tworzywa sztucznego nie sprawiał więcej problemów. Jedyny problem to hałas, odpadł króciec, na który wchodził banan prawego gara (wydech 2w1) i teraz dmucha on prosto do otaczającej przyrody J

Docieram do Wrocławia, wysyłam info do chłopaków z Forum i jadę dalej. Około 80km przed Zgorzelcem zauważam w lusterku radiowóz jadący za mną całe 75km/h. Nie musiałem długo czekać, panowie zaprosili mnie za pomocą sygnalizacji świetlno-dźwiękowej na krótką pogawędkę. Podążając za nimi staram się oszczędnie dodawać gazu, gaszę zanim wysiądą z wozu. Na pytanie dokąd Pan jedzie? udzielam standardowej odpowiedzi wskazując na mapkę . I tutaj miła niespodzianka, pełne wsparcie rzekłbym nawet…..po krótkiej kontroli żegnamy się motocyklowym pozdrowieniem ku zdziwieniu następnego uczestnika ruchu czekającego już w kolejce

 

 

Nawijam kolejne kilometry powoli rozglądając się za CPN-em w Krzywej, na którym ma na mnie czekać Kornel. Wjeżdżam na stację, robię rundkę dookoła warcząc niemiłosiernie wydechem i nic…..nikogo nie ma. Po chwili, ku mojej radości pojawiają się radzieckie sprzęty. Bardzo miła niespodzianka, wszyscy mnie ściskają, gratulują, padają też pytania rodzaju: Gdzie ta laweta, na której wiozłeś motor?

 

 

Na trzy zaprzęgi jedziemy do ostatniego pkt. kontrolnego, którym jest Zgorzelec. Tak jak siedem dni temu, tak i teraz Tytus prowadzi mnie na stację, od której wszystko się zaczęło .

Szczęśliwy i zadowolony docieram do Mety, na liczniku 18532km

 

 

startując 7 dni temu na tej samej stacji pokazywał 16133km

 

Pętla dookoła Polski wyniosła więc 2399km

Po krótkiej wizycie w zgorzeleckim szpitalu, gdzie naprawiono mi lewe oko (oberwałem kamykiem spod pędzącego Tira) jadę z Kusym do Alicji, a następnie do Jagodzina.

Tutaj czuję się jak bym już był u siebie w domu . Wielkie dzięki Kusy i Alicja!

Dzień ósmy, sobota 09.07.11, od domu 2573km

Poranek wita mnie słońcem, dziś mały żabi skok Jagodzin-Grodziec Mały, ok. 100km. Ten odcinek jadę na pełnym luzie uśmiechając się do siebie . Cały i zdrowy dojeżdżam do domu około południa przejeżdżając w sumie 2676km.

Był to dla mnie bardzo ciekawy, spędzony na motocyklu tydzień. Nabrałem szacunku do mojego Dniepra, którym mogę teraz pojechać bez obaw praktycznie wszędzie.

Na koniec zachęcam wszystkich, którzy się wahają, do podjęcia wyzwania, jakim jest taka podróż. Nasi forumowicze są rozrzuceni praktycznie po całej Polsce, każdy jest chętny pomóc w potrzebie! A więc kto następny??? Tym razem ja będę mógł dopingować! Pozdrawiam Wszystkich serdecznie!

Autor relacji i zdjęć – Marcin z okolic Głogowa.

2 thoughts on “Marcin3M – 2676km dookoła Polski

  1. wzruszylem się czytając Twoją relację .Gratuluję hartu ducha i serdecznie pozdrawiam kierownika pierwszego zaprzęgu w rajdzie dookoła Polski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *