Pewnego razu pojawiła się idea… Drawsko Pomorskie – off road na legalu

Całkiem niedawno powstała legalna trasa off-roadowa z której mamy zamiar skorzystać http://njz.pl/STM/?off-road

Poziom trudności jest nam nie znany, po prostu trzeba pojechać i zobaczyć na miejscu.

I tak się potoczyło, że dnia 20.05.15 skromna lecz zdeterminowana grupa w postaci Mirka, Jackobiego, Marasa i Baq skrzyżowała swoje drogi wraz z trzema zaprzęgami w deszczowej Kościerzynie i ruszyli wspólnie w kierunku Drawska Pomorskiego, gdzie początki miała tajemnicza trasa, której mieliśmy przeznaczyć z grubsza 5 dni celem ogólnie pojętej eksploracji. Deszczowa pogoda nie służyła uralowi, który dostawał czkawki przy prędkościach między 65 a 70 km/h.

Jako, że w środę ruszyliśmy po pracy, po drodze był zaplanowany postój w Białym Borze, tam w jedynym otwartym ośrodku zostaliśmy przymuszeni do wynajmy domku, gdyż pole namiotowe było jeszcze nieczynne (!), ale gospodyni w zadość uczynieniu udostępniła nam suszarnie – która ugościła przez noc nasze przemoczone do cna ciuchy i obuwie. Podczas kolacji na którą była wspaniała fasolka przygotowana przez Baq-a nastąpił pokaz kuchenek polowych z każdego zakątka świata, w dużej mierze świata ZSRR. Miny były bezcenne, gdy okazywało się, że po ich odpaleniu, posiada się jeszcze owłosienie na twarzy.

Z rana po śniadaniu (na które była wspaniała fasolka przygotowana przez Baq-a), przejrzeniu i regulacji zapłonu w uralu pożegnaliśmy definitywnie komfort i ruszyliśmy na początek trasy. Niestety ural nadal dostawał dziwnej czkawki. Wymiana aparatu zapłonowego nie przyniosła żadnego efektu, podobnie wszystkie możliwe regulacje aż wreszcie winowajca bolączek urala został znaleziony i unieszkodliwiony był to…..rozgięty konektor przy cewce zapłonowej, który wpadał w wibracje między 65 a 70 km/h. Od tej pory ural szedł jak zły a na prostych odcinkach cyfra 90 nie znikała z prędkościomierza.

mapy

Porównanie map zapłonu – wszystko ok.

Początek ukazał to co towarzyszyło nam przez całą drogę – zapomniane wioski, PGR, dworki szlacheckie, walące się budynki pamiętające jeszcze niemiecki akcent. W Brzeźnicy stoją same opuszczone domy, zamieszkały jest jeden. Gospodarza nękają szabrownicy, którzy kradną mu z gospodarstwa to co można sprzedać na złomie. Stary cmentarz przy kościele gdzie leżą jeszcze Niemcy jest dokładnie przekopany a wszystko co metalowe na nagrobkach powycinane. Kościół stoi otwarty bo jak zamkną to zaraz ktoś drzwi wyłamuje…” taka tu bieda Panie”

kosciółek

W tym rozpadającym się kościółku za jego świetności Rosjanie zebrali ludność wsi przed ich przesiedleniem.

Po obiedzie (na który była wspaniała fasolka przygotowana przez Baq-a) i porządnym sprawdzeniu połączeń śrubowych oraz usunięciu nadmiaru oleju w zawieszeniach ukazała się nam jedyna przeszkoda na trasie której nie pokonaliśmy mimo szczerych prób – bagno.

bagno1

Silnik jeszcze pracuje…

Po wstępnym sondowaniu dna przeszkoda wydawała się do pokonania lecz gdy cylindry Jackobiego MW zniknęły w śmierdzącej breji silnik stwierdził, że chłodzenie cieczą mu nie służy i złowieszczo zamilkł. Szybka akcja ratunkowa pozwoliła uniknąć strat w sprzęcie.

bagno2

Szczęście, że są tu ludzie gotowi podać pomocną dłoń.

Dzisiejsza część trasy przebiegała zapomnianymi przedwojennymi traktami łączącymi zapomniane wsie o czym przypominał wyłaniający się spod trawy bruk oraz ruiny domów, z których pozostały jedynie resztki kamiennych fundamentów.

pozadrogą

Takimi drogami przebiegała większość naszej wycieczki.

 

Po zasięgnięciu języka u miejscowych na drugi nocleg udało nam się zlokalizować całkiem przytulne miejsce nad jeziorem, kawałek płaskiej łączki i stolik wędkarski było wszystkim czego nam trzeba po całym dniu jazdy. Po chwili odpoczynku przystąpiliśmy do budowy naszego schronienia a następnie do przygotowania kolacji na którą najtwardsi zjedli wspaniałą fasolkę przygotowaną przez Baq-a.

ns6

NS-6 nasze schronienie przez całą wycieczkę.

 

Kolejny dzień okazał się jeszcze bardziej wymagający terenowo. Nie tylko asfalt pozostał wspomnieniem ale i brukowane trakty. Czasem „drogę” wyznaczał tylko ślad w gps-ie i niewyraźny odcisk kół pozostawiony w wysokiej trawie.

bezdrogi

Droga gminna.

Co jakiś czas przejeżdżaliśmy przez zapomniane miejscowości. Potężne bramy wjazdowe do gospodarstw, kamienne stodoły oraz kościół w centrum każdej z nich pokazywał minione bogactwo – dziś w większości nie ma nawet sklepu a PKS jeśli już dojeżdża to 2 razy w tygodniu.

Pomnik

Pomnik ku czci poległych obrońców wsi w latach 1914-1918 jest główną atrakcją wsi Winniki.

Kolejny odcinek trasy to dające chwilę wytchnienia od palącego słońca leśne trakty. Jednak ukojenie nie było nam dane, głębokie koleiny wymagały skupienia i mocnego trzymania kierownic w zmęczonych już rękach. Chwila nieuwagi kończyła się wpadnięciem w głęboki rów, z którego nie tak łatwo wyjechać…

plug

…zwłaszcza gdy cylinder myśli, że jest pługiem.

 
Po obiedzie, na który zjedliśmy resztki (nareszcie) wspaniałej fasolki przygotowana przez Baq-a przyszedł czas na chwilę odpoczynku.

jeziorko

Chwila zadumy nad leśnym jeziorkiem.

Reszta dnia minęła nam na samotnym przedzieraniu się zapomnianymi drogami, jedynym urozmaiceniem były stada potężnych jeleni które przypatrywały nam się z ciekawością.

jeleń
Kolejny nocleg na łonie natury pełnej dzikiego zwierza. Kuchenki wesoło spalały powietrze i benzynę, której nam tak brakowało, tego dnia już niektóre karnistry były suche, nie wspominając o bakach naszych motocykli. Przyszedł czas na przestudiowanie map. Przez 3 dni pokonaliśmy jedynie 45% zaplanowanej trasy. Czasu zostało nam niewiele więc eksplorację reszty trasy musieliśmy odłożyć. Plan odwrotu zakładał przejechanie jak największej części trasy poza asfaltem.
Czwarty dzień zaczęliśmy od poszukiwań stacji paliw, wg mapy jedna znajdowała się niedaleko lecz został po niej tylko niszczejący budynek. Koniec końców trafiłyśmy do miasta Goleniów. Po napojeniu rumaków i pierwszym od 4 dni nie fasolowym obiedzie na dobre rozpoczął się nasz odwrót w stronę trójmiasta.
Gdy kończyły się drogi, podobno się mówi „tiry na tory” nie byliśmy gorsi, i korzystając z starych tras kolejowych toczyliśmy się w stronę domu. Droga przebiegała gładko gdyż ktoś zdemontował podkłady i leżące na nich szyny. Jednak nic co dobre nie trwa wiecznie i ostatni odcinek naszej kolejowej przygody byliśmy zmuszeni pokonać po podkładach.

podkłady

Mirek w nierównej walce z podkładami.

Po wstrząsających doznaniach jakie zaserwowała nam jazda po podkładach zapragnęliśmy odrobiny luksusu w postaci niemieckiej autostrady „berlinki”. Po szybkim betonowym początku nawierzchnia zmieniła się na gruntową. Nie zwracając na to uwagi mknęliśmy dalej. Jednak po pewnym czasie w obrysie „autostrady” zaczęły rosnąć drzewa! Nasza podróż trwała do czasu gdy natura postanowiła ustawić punkt poboru opłat w postaci złamanego przez wiatr drzewa. Chwila negocjacji przy pomocy siekiery pozwoliła nam kontynuować „autostradową” podróż bez żadnych opłat.

wiadukt

Wiadukt po którym biegnie „berlinka”.

Wspomagając się zwykłymi asfaltowymi drogami , wczesnym wieczorem dotarliśmy na pole namiotowe w Ińsku.

ekipa

Uczestnicy eksploracji.

Powrót jak to powrót, każdy napierał na manetkę by prześcignąć ból w obolałych barkach, plecach, zadach i zębach, w których powypadały wszystkie plomby. Za rok jak Bóg da, następny etap, gdyż te kilka dni to za mało by zbadać bezdrożna województwa zachodniopomorskiego. Zachodniopomorskie to nie tylko Borne-Sulinowo.

Jackobi, lipiec 2015

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *